Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 202 867 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

DO-TYKANIE

Esencja subtelności, najdalszych - choć najbliższych zarazem asocjacji (czy w duchu wczesnego neosurrealizmu byłaby asocjacjonistką?) oraz autentycznej kobiecości (tu: poetycki oręż w czasach brutalnej inwazji feminizmu), której imię "DO-TYKANIE. TICK-TOUCHING" (tak bowiem brzmi tytuł jej najnowszego zbioru poezji (podkreślam - poezji, nie wierszy, dosyć już producentów wierszy! gdy niedomiar poezji...). Zbiór ukazał się staraniem Wydawnictwa Książkowego IBIS, w wersji dwujęzycznej (przekład Anity i Andrew Fincham, ze znamiennym obrazem Renaty Brzozowskiej na I stronie okładki (poetyka "pulsującego" tańca ) i symbolicznym zdjęciem Autorki na IV stronie okładki). Książka Marleny Zynger została uhonorowana nagrodą Złotego Pióra XIII World Day UNESCO 2013. O jej twórczości (w zwieńczeniu tekstów Marleny zamieszczone są różne wypowiedzi) mówią z atencją i swoistą czułością, m.in. kompozytor Zygmunt Konieczny oraz aktor i poeta Dariusz Bereski). Poezja Marleny Zynger - co widać szczególnie w zbiorze "DO-TYKANIE. TICK-TOUCHING" jest poezją muzyczną, silnie zrytmizowaną, pulsującą najsilniejszymi rejestrami emocji skrywanymi pozornie w nie-dotykalności. I tu - na chwilę, nie jako krytyk, lecz jako tłumacz literatury francuskiej odkryję przez Czytelnikiem pewną tajemnicę: "DO-TYKANIE. TICK-TOUCHING" jest silnie francuskie w duchu i silnie poruszenie duszy wzbudzać moglałaby jego wersja francuskojęzyczna. Niewielu jest współczesnych poetów polskich, którzy podświadomie i tak subtelnie przyjmują poetykę par excellence francuską jako własną.
Wreszcie "DO-TYKANIE. TICK-TOUCHING" to ukojenie dla Czytelniczek, które znużone feministycznymi krzykaczkami (również w literaturze) łakną Piękna w najczystszej postaci - i co niespodziane w świecie brzydoty - w poezji Marleny Zygner je otrzymują. Tytułowe "TICK-TOUCHING" to maestria czułości, "pstroto" - igraszki świateł i neologizmu, "miłość w Warszawskich Łazienkach" - piosenka, która od wielu dni podąża za mną hen, daleko poza Warszawskimi Łazienkami, aż po same Pola Elizejskie. "przedwiosnie" budzi z szarości poranka w Poezję, "tarantella" sama unosi w tan, "niemożliwe - bez niego" to poetyka miniatura dylematów wewnętrznego dziecka (jungowska psychologia głębi tym razem zbędna), "cantata de sal" - celebracja zmysłowości na poły spełnionej, "kuszenie Ewy" - cierpiętnicze nie(do)(s)pełnienie, "korale" - słowa, które leczą i ranią zarazem, "to jedno tango" - powinnam polecić zaprzyjaźnionym warszawskim tangueros, "interpelacja" - rzecz o polityce fascynacji wobec polityki miłości wyidealizowanej - na ile bliskie, na ile odległe..., "płócien manowce" - gdzie nas zaprowadzą, jeśli nie do wnętrza Poezji?, "primaaprilisowy żart" gorzko brzmi, ach gorzko tak! Wreszcie utwór zatytułowany "bezsilność wobec rutyny" - nie daj się bezsilności owej, wszak i pióro złote masz, i kilka par skrzydeł - ciężar i lekkość ich w zależności od (poetyckiej czy codziennej?) okoliczności. Nie sposób w powściągliwej przestrzeni poddać analizie każdy z utworów w najnowszej książce Marleny Zynger zamieszczonych.
Trzeba wejść do ich wnętrza.
Słuchając... "Tango nuevo" Astora Piazzoli.


Podziel się

ZAPIS CZASU, CZYLI TAK BYŁO..

 

Aleksander Gierymski

Aleksander Gierymski

Sierpień '80 roku i później aż do historycznego grudnia jawią nam się jako festiwal wolności, ogromnej, nigdy później niespotykanej euforii NARODOWEJ. Domyślać się można, że tak było na początku wielu naszych zrywów wolnościowych: Insurekcji, wojen napoleońskich, Powstania Listopadowego i późniejszych. Ale w literaturze okresy te  nie wydały żadnego dzieła, czegoś, do czego chciałoby się wracać, takiego polskiego "Doktora Żywago", " Wojny i Pokój" czy "Cichego Donu", że przytoczę przykłady z literatury naszych sąsiadów. Był taki moment, że szumnie zapowiadana książka Andrzejewskiego "Miazga" miała być tym, na co od dawna czekali czytelnicy. Kiedy wreszcie dostaliśmy ją do czytania, przeżyliśmy rozczarowanie - książka była przeciętna, jedna z wielu, a nie dzieło. Całe nasze tragedie narodowe, nie potrafią odnaleźć się w prozie. Prędzej w poezji, dramacie, ale nie prozie. Zanim przejdziemy do wydarzeń historycznych i Pańskiego uwikłania w nich, pragnę o tym porozmawiać.

 

 

Mam wrażenie, że trochę miesza pan cały czas PRL-u, czy szerzej powojnia, z „karnawałem” Solidarności i jego reperkusjami: stanem wojennym i III RP. Jeśli więc przyjąć cenzurę roku ’45, to… to nie ma między nami zgody. Przy założeniu, że polska literatura jest jedna i niepodzielna, ja widzę arcydzieła w naszej literaturze.

Podam dwa nazwiska – jedno znane, a drugie prawie zupełnie nieznane. Tym pierwszym jest patron nagrody, którą dostałem trzy tygodnie temu – Józef Mackiewicz. Jego Sprawa pułkownika Miasojedowa,  Kontra, Nie trzeba głośno mówić, to są powieści absolutnie wybitne. Trzeba pamiętać, że Mackiewicz przez wiele, wiele lat był głównym polskim faworytem do literackiego Nobla. Nie dostał go zapewne z powodu Katynia i swojej publicystyki, ale… ale w żadnej mierze nie umniejsza to jego dokonań.

Drugie nazwisko, pewnie wielu czytelników naszej rozmowy, nawet o nim nie słyszało, a i ja muszę powiedzieć, że znam jego dorobek od zaledwie dwu i pół roku, to Florian Czarnyszewicz i jego, nie waham się użyć tego określenia, genialni Nadberezyńcy – powieść, o której Józef Czapski pisał tak w liście do Jerzego Stempowskiego: „Czy wiesz, że dziesięć lat temu wyszła książka po polsku w Argentynie, o której boję się ci pisać w za dużych superlatywach, bo tak namiętnie ją pokochałem. Pisana przez zagrodowego szlachcica znad Berezyny. Język słowotwórczy, dźwięczny, półbiałoruski. Konkretność wizji, miłość ziemi, drzew, chmur, obok której Reymont sztuczny jest i zimny, obok której myśleć można tylko o „Panu Tadeuszu”. Czarnyszewicz wyjechał z Polski w 1924 roku do Argentyny, tam też napisał i wydał w 1942 roku swoją najważniejsza książkę – zupełnie nieznaną w powojennej Polsce. Całe szczęście, że od kilku lat jest wreszcie dostępna.

Mam też swoją, pewnie dosyć osobną, teorię dotyczącą „wybitności” pisarzy. Kto dziś pamięta takich noblistów jak Bjørnstjerne Bjørnson, Paul Heyse, Henrik Pontoppidan i wielu, wielu innych. Pisarze zawsze mają swój czas, swoją epokę ale to, co czyni ich dorobek naprawdę ważnym, to – prócz całej otoczki marketingowej – powtarzalność. To, że ich wielkość jest utwierdzana każdą kolejną powieścią, wierszem, dramatem. Oczywiście zapyta pan o Szołochowa, autora jednej wybitnej powieści. Tyle, że dziś zdaje się, że nikt nie ma pewności iż to on był autorem „Cichego Donu”, że tej książki /a raczej jej ręcznego zapisu/ po prostu nie ukradł.

 

Podał Pan przykłady pisarzy emigracyjnych. A w kraju? To przecież tu biło serce polskiej literatury, polskiej powieści.

Tego do końca nie jestem pewien. Cenzura, nie tylko ta reprezentowana przez GUKPiW ale i ta w głowach redaktorów , wydawców, a i samych pisarzy robiła swoje. Przywołał pan Miazgę Andrzejewskiego. Tyle, że to nie Miazga – a muszę powiedzieć, że cenię Andrzejewskiego, przy wszystkich politycznych zastrzeżeniach, jako prozaika - z perspektywy czasu jest w jego dorobku najważniejsza. Znacznie wyżej – Miazga jest faktycznie powieścią niezbyt udaną – należy ocenić tryptyk Idzie skacząc po górachBramy raju iCiemności kryją ziemię. Jeszcze wyżej cenię jego przedwojenny Ład serca.

Ale, mam takie wrażenie, że o poziomie literatury danego kraju nie decydują najwybitniejsi, nagradzani, wyróżniani. I w moim odczuciu polska literatura, polska proza reprezentowała stosunkowo wysoki poziom. Siedząc w roku ’84 w areszcie na Rakowieckiej, a była tam znakomicie jak na owe czasy zaopatrzona biblioteka, ze zdumieniem odkryłem taką perłę jak zupełni zapomniane Sprzysiężenie Kisielewskiego /to jego pierwsza powieść/. Dla równowagi dodam, że zupełnie nie ceniłem jego powieści wydawanych w paryskiej Kulturze pod pseudonimem Tomasz Staliński. To tam przeczytałem świetne powieści Zyty Oryszyn Najadę i Gaba-gaba.. A przecież byli Jan Józef Szczepański, Stanisław Dygat, Andrzej Kuśniewicz, Tadeusz Konwicki, Julian Stryjkowski, Bohdan Czeszko /Powódź i Tren to są naprawdę „rzeczy” wybitne/, Ireneusz Iredyński, Andrzej Kijowski, pisał przecież także Stanisław Rembek, był Kazimierz Tuchanowski /Młyny BożeCałowanie ziemi/. Był też mój ulubiony pisarz, nie wiem dlaczego dziś trochę zapomniany, Władysław Terlecki był fantastyczny pod koniec życia Igor Newerly. Więc niech nikt nie mówi, że Polska i jej proza nie miała „poważnej paki”. Bo przecież wymieniłem tylko kilka nazwisk, a każdy z wymienionych to naprawdę był kawał pisarza.

Aaa, muszę wymienić jeszcze jedno nazwisko, znacznie młodszego od tych, których wymieniłem. Wspomniałem już o nim przy okazji „Zapisu”: Jan Komorka. To – niestety – pisarz jednej powieści: „Ucieczki do nieba” – w moim odczuciu to najważniejszy debiut lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. No i na emigracji ale przecież przez podziemie stale przypominani w kraju - Gustaw Herling-Grudziński i Czesław Miłosz.

 

Zatrzymał się Pan na „cenzurowanym” PRL-u.  Ale przyszedł sierpień ’80, wydarzenie w naszej historii bez precedensu. Wielki narodowy zryw, który nie pozostawił prozatorskiego świadectwa.

Wie pan, w polskiej historii sprawy najważniejsze niekiedy faktycznie nie znajdują odbicia w literaturze, zwłaszcza w prozie. Bo ile jest pan w stanie wymienić wybitnych powieści o wojnie ‘20 roku? W polu Rembeka i… i w zasadzie nic więcej. Boję się, że Solidarność zarówno ta działająca legalnie jak i ta podziemna nie doczekają się arcydzieł. Tak czasami bywa – nie przemawia do mnie argument, że minęło zbyt mało czasu, że trzeba mieć perspektywę, etc. - i nie robiłbym z tego tragedii. Być może – ale tego oczywiście nie jestem pewien – ważny jest po prostu brak naszej wiedzy o tym, co działo się za kulisami, kto i kiedy pociągał za sznurki, jaki był wpływ komunistycznych służb na polskie i tragedie tych lat, i przemiany. Warto za to mówić o tym, co ważne – bo w moim odczuciu dzieje się dużo dobrego - w naszej literaturze po ’89 roku. Ale o tym pewnie trochę później…

 

 

Pewnego, grudniowego dnia od północy nie były czynne: telefony, radio, telewizja. Dopiero rano, bodajże około godziny dziesiątej na ekranie pokazał się człowiek w ciemnych okularach, wojskowym mundurze z dystynkcjami generalskimi i obwieścił to, co obwieścił. Zaczął się narodowy horror trwający przez wiele lat. W krąg tego dramatu wpisało się miliony Polaków. Pan tego dnia...?

Pominął Pan cały okres „karnawału”. Więc może najpierw trochę o tym. Strajki najpierw w Lublinie, potem na Wybrzeżu zastały mnie w Warszawie. Pamiętam z jakim zdumieniem czytałem 21 postulatów strajkujących, które pokazał mi Marek Borowik. Nie wierzyłem, że „czerwoni” się na nie zgodzą. Mogli się zgodzić, a i to z trudem, na mszę w radio, ale nie na wolne związki zawodowe. Zresztą, kto z nas rozumiał sens tego określenia? Jak w systemie, który gotów był gdzieś na peryferiach świata, w Afganistanie, czołgami bronić zainstalowanych tam marionetek, miało dojść do legalizacji ruchu strajkowego, a potem sądowego potwierdzenia jego reprezentacji? W środku Europy na dokładkę. Więc raczej zakładałem, że albo wygaszą to kolejnym dodrukiem pieniędzy, albo u nas też dojdzie do jakiegoś siłowego rozwiązania.

Tak czy siak, wszedłem w skład organizowanego przez Heńka Wujca zespołu do którego spływały informacje z Polski o strajkach. Było w tym zespole kilka osób. Jakoś próbowaliśmy weryfikować te informacje, spisywać. Potem były przekazywane do zachodnich dziennikarzy, a przez nich także do Wolnej Europy. To było o tyle ważne, że przecież polska prasa, radio, telewizja wciąż milczały na temat strajków.

Kiedy wybuchł – chyba w lipcu ’81 roku - strajk w Ursusie zająłem się z kilkoma kolegami drukiem biuletynu strajkowego dla „traktorzystów”. I wciąż byłem przekonany, że to wszystko weźmie w łeb. Ale swoje trzeba było zrobić.

Po zarejestrowaniu związku moi koledzy zaczęli wchodzić w jego struktury, a ja robiłem książki. Szybko okazało się, że pola wolności są coraz większe. Zaczęliśmy bezczelnie sprzedawać bibułę na Uniwersytecie. Ustawiliśmy stoliki na Małym Dziedzińcu. Nikt nam nie przeszkadzał.

 

 

 

Pamięta pan wypadki bydgoskie, niedoszły strajk powszechny?

Bardzo dobrze pamiętam. Wie pan, we mnie chyba nie było cienia wątpliwości, że ten strajk powinien był mieć miejsce. Że bez niego cała para pójdzie w gwizdek. Tak zresztą się stało.

 

Mówił Pan wcześniej, że był na pierwszym Krajowym Zjeździe Solidarności w Oliwii…

Tak. Zjazd był w dwu turach, ja byłem chyba na tej pierwszej, na początku września ’81 roku. Byłem tak trochę przypadkowo, mój ówczesny przyjaciel, Leszek Przysiężny, działacz NZS-u z Gdańska załatwił mi status gościa honorowego. Patrzyłem na to panoptikum czasami z uśmiechem, czasami ze zgrozą.

 

Ze zgrozą?

Wie pan, w sierpniu ’80 kiedy widziałem Wałęsę z tym jego ogromnym długopisem kiedy podpisywał z Jagielskim porozumienie, kiedy go słuchałem – wyłącznie mnie śmieszył. Ale tam w Oliwii zobaczyłem go na żywo. I to była groza. Nie mogłem zrozumieć w jaki sposób tak wielu ludzi godzi się na to rozbuchane ego, na to ciągłe podkreślanie własnej roli, nieomylności. Te tłumy akolitów, jakieś dziwne postaci wokół niego. Proszę mi uwierzyć, że właśnie wtedy zrozumiałem, że nigdy, za żadne skarby, w żadnych okolicznościach – jeśli będzie taka okazja, bo oczywiście nie zakładałem wówczas, że Wałęsa może kiedykolwiek kandydować na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej – nie oddam na niego swojego głosu. Dotrzymałem tego zobowiązania.

 

Coś Panu jeszcze pozostało w pamięci?

Mdlejący Jan Józef Lipski, dla mnie postać kryształowa. I rozwiązanie KOR-u. Dla mnie kończyła się jakaś epoka. No i to pierwsze rozczarowanie Michnikiem. O którym już mówiłem.

 

Wrócił Pan z Gdańska i…

Nie byłem prorokiem ale pamiętam kilka spotkań w moim mieszkaniu – jak mówiłem z Krajówki NZS-u do mojego mieszkania było kilka kroków. Często, bardzo często siedzieliśmy u mnie i gadaliśmy z bardzo wieloma ludźmi. I coraz częściej mieliśmy poczucie, że to musi się skończyć. Nie wiedzieliśmy jak ale… ale chcieliśmy aby wreszcie nastąpiło jakieś rozstrzygniecie. W jedną albo w drugą stronę…

 

 

Rozstrzygnięcie nastąpiło prędzej niż się wszyscy spodziewaliśmy. Ale powiedzmy szczerze, w tamtym czasie przebąkiwano o tym, że Jaruzelski tak tego nie zostawi. Pamiętam żarty kabaretowe mówiące, iż w związku ze zbliżającą się zimą, granice kraju zostały opatulone waciakami. Opinia publiczna była skłonna bardziej wierzyć w rosyjską interwencję niż w stan wojenny. Zatem wracamy do poranka, a w zasadzie nocy 13 grudnia 1981 roku...

No, tak, ja też nie zakładałem, że sprawę załatwi Jaruzelski polskimi rękoma.

Wracajmy do 13 grudnia. Jedna tylko jeszcze uwaga. Jakiś miesiąc wcześniej – jadąc ostatnim pociągiem do Radości, gdzie mieszkali moi dziadkowie – a proszę uwierzyć, nigdy mi się to nie zdarzało, zasnąłem w pociągu. Obudziłem się kilka przystanków za tą peryferyjną częścią Warszawy, chyba w Otwocku. Złapałem pod pachę psa, wyskoczyłem w ostatniej chwili. Kolejka pojechała a w niej moja torba z dokumentami. I przez ten miesiąc chodziłem bez dowodu osobistego, jakoś wciąż miałem ważniejsze sprawy na głowie. Mówię o tym, bo będzie to miało śmieszne konsekwencje.

Szczęśliwie nie nocowałem w domu z 12 na 13 grudnia. Szczęśliwie, bo oczywiście przyjechała po mnie ekipa ale pocałowali klamkę. Tyle, że nie zaprzestali obstawiać mojego mieszkania. Sąsiadka mieszkająca piętro pode mną, przestraszona przez nich bardzo, dopiero po kilku latach przyznała się mojej żonie, że ileś razy ściągali ją z pracy aby u niej posiedzieć i posłuchać czy ktoś nie chodzi na górze…

Obudziłem się 13 grudnia i jak nigdy, pierwsze co zrobiłem, to włączyłem radio. Usłyszałem Jaruzelskiego. Wiedziałem, że nie mogę wracać do domu. Potem usłyszałem jakąś listę internowanych. Chciało mi się śmiać kiedy usłyszałem, że jest na niej Chojecki i Blumsztajn. Obaj byli przecież we Francji.

No więc nie wracałem do domu, miałem gdzie mieszkać, to nie był kłopot. Co więcej, to że mnie nie potrafili szybko znaleźć dowodziło nie tylko bezradności bezpieki ale i jakiejś ich głupoty. Słuchałem, pewnie jak wszyscy Polacy, skrawków informacji z Wolnej Europy, tysiące zatrzymanych, strajki. Ci zatrzymani ponoć trzymani na mrozie na stadionach…

 

16 grudnia była kopalnia Wujek…

Tak, to był sygnał, że się nie zawahają, że choćby miały być setki czy tysiące ofiar – zrobią to. Nikt nie miał złudzeń, to nie były żarty.

Przez kilka dni siedziałem na dupie, potem ruszyłem w miasto. Spotkałem się z moim przyjacielem Sławkiem Malcharkiem. To było jakieś szaleństwo. Wymyśliliśmy, że przecież tak nie może być, a my… Jak to powiedzieć, dwa gnoje, które jednak nie do końca zdawały sobie sprawę z szaleństwa pomysłów, które chciały realizować. Gdzieś już o tym mówiłem. Jaruzelski jednak miał trochę zasług – przede wszystkim tę, że mnie jednak po miesiącu złapali i zamknęli. Inaczej pewnie by nas ze Sławkiem zatłukli. Pamięta pan sprawę Emila Barchańskiego?

 

Młody chłopak zamordowany przez bezpiekę…

Tak ale za co?

 

Za oblanie czerwoną farbą pomnika Dzierżyńskiego…

No, właśnie. Za oblanie pomnika czerwoną farbą. Myśmy nie chcieli go oblać farbą, myśmy chcieli wysadzić ten pomnik w powietrze. Ktoś może powiedzieć głupota. Dla nas raczej miał to być symbol. Oporu, trwania, pokazania, że czerwony nie może wszystkiego. Nie wiem czy do tego by doszło, znając mojego przyjaciela i siebie – to dosyć prawdopodobne. A wtedy nie byłoby przebacz, ścigaliby nas aż by nas dopadli. Zaczęliśmy jakieś przygotowania, rozmowy z chemikami…

Spotykałem się też z innymi ludźmi, głównie z pracownikami Krajówki NZS-u – bo przecież 90 procent moich znajomych z opozycji siedziało – w mieszkaniu Bożeny Zawiślak. Zastanawiałem się jak uruchomić wydawnictwo, ale przecież nie miałem nic, a państwowe drukarnie, w których miałem przecież wejścia, były pozamykane.

13 stycznia ’82, dokładnie miesiąc po wprowadzeniu stanu wojennego, zostałem zatrzymany. Byłem naiwny, potwornie naiwny. 13 stycznia są urodziny mojej mamy. Poszedłem do niej. Powinienem był założyć, że obstawiają nie tylko moje mieszkanie ale i ich – rodziców – dom. Tym bardziej, że wcześniej pomyłkowo, szukając mnie, wpadli, myśląc że to dom Holewińskich, do sąsiedniego domu i robiąc tam przeszukanie. No, więc pobyłem z mamą złożyłem jej życzenia, pewnie coś zjadłem, a kiedy wyszedłem podeszło do mnie paru facetów. Chyba czterech. Przynajmniej dwu było w mundurach. Nie mogłem uciekać, na pustej ulicy byli tylko oni i ja. Poprosili o dokumenty, pokazałem im książeczkę wojskową, a oni oznajmili, że to właśnie mnie poszukują. Zaprowadzili na posterunek w Radości – wtedy jeszcze taki był - wsadzili na dołek. Poprosiłem jednego z tych mundurowych aby powiadomił rodziców, że mnie zatrzymali. Oczywiście nie zrobił tego. Jakąś godzinę później przyjechała ekipa z Pałacu Mostowskich. Zabrali mnie do Komendy Stołecznej.

 

Żadna dla Pana nowość. Musiał się Pan z tym liczyć.

Wie pan, teoretycznie każdy konspirator się z tym liczy. Ale też każdy uważa, że go nie złapią. Kiedyś jeden z moich kumpli mieszkający w RFN opowiadał w jaki sposób złapano większość terrorystów z Baader-Meinhof. Wpada się na najprostszych sprawach. A że żadna nowość? No, tak, czułem się – to żart oczywiście – prawie jak w domu. Zejście na dołek, zdejmowanie wszystkich ciuchów, pięć przysiadów z gołym tyłkiem… Najśmieszniejsze jest to, że miałem przy sobie podziemne wydanie „Esejów dla Kasandry” Jerzego Stempowskiego – powędrowały do depozytu, a potem za mną do Białołęki i tam już miałem je w celi. Pewnie jako jedyny mogłem za kratami czytać bibułę…

 

Siedział pan na Mostowie z kryminalnymi?

Tak, tak było za każdym razem gdy mnie tam zamykali. Kiedyś zresztą miałem tam świetną propozycję pracy.

 

Pracy?

Siedziałem z pięcioma złodziejami. Jeden koło pięćdziesiątki, reszta dwudziestolatki. Ten stary mówi do mnie tak: Wacuś, ty wszystkich znasz, wiesz gdzie mieszkają i co mają w domu. Ty mi tylko to powiesz. Podzielimy się na pół…

 

Uczciwy układ.

 Uczciwy, fakt. Kiedyś spotkałem go później w tramwaju. Chyba mnie nie poznał. A może był w trakcie pracy? Nie wiem.

Tak czy siak, przywieźli mnie w nocy, rano wzięli na górę i było to, o czym wcześniej mówiłem. Zagrozili mi procesem. Ale chyba i oni nie mieli szczególnych nadziei na to, że mnie zwerbują. To raczej było takie przesłuchanie pro forma. Oni pytali, ja odmawiałem odpowiedzi. Chcieli żebym podpisał protokół, ja odmawiałem. Anegdotycznie, Wiesiek Johan, dziś emerytowany sędzia Trybunału Konstytucyjnego, a w połowie lat osiemdziesiątych nasz „Przedświtowy” adwokat zobaczył moje „zeznanie” w sprawie naszego chłopaka, Bogdana Porowskiego. – Jesteś nienormalny – oznajmił. – Naprawdę na pytanie o imię i nazwisko nie powinieneś odpowiadać, że odmawiasz odpowiedzi. Wracając, przesłuchali mnie i znów na dołek. Chyba po czterech dniach jeszcze raz wzięli mnie na górę, a potem postanowili odwieźć do Białołęki.

 

Więc nie proces, a internowanie?

 Tak, internowanie. Wsadzili w dużego fiata i do Białołęki. A tam wyszła sprawa braku dowodu osobistego. Komizm tej sytuacji bawi mnie do dziś. Służbiści z Białołęki odmówili bezpiece przyjęcia faceta bez dowodu osobistego. Nic nie można było z nimi ugrać. Z powrotem do Mostowa. Przez dwa dni ustalali, pewnie na wyższym szczeblu,

 żeby jednak mnie w tej Białołęce przyjęli na turnus. No i przyjęli. Przyjechaliśmy, najpierw wypełnianie kwestionariusza przez tak zwanego wychowawcę. Siadam, a z drugiej strony mój kolega nie tylko ze studiów, ale wręcz z seminarium magisterskiego. I pyta mnie o nazwisko. Chyba nie byłem wtedy dla niego przyjemny.

 

Pamięta Pan z kim pan siedział w celi? 

 Pamiętam Mietka Grudzińskiego, jak ja współpracownika KOR-u – zadziwiające ale wcześniej żeśmy się nie znali, Rysiek Olechnowicz – przewodniczący Komisji Zakładowej Solidarności w Ministerstwie Rolnictwa, Waldek Kruk – to bardzo zabawna historia, zamknęli go zamiast brata, Rolanda, działacza warszawskiego SKS-u. Nie trafili na Rolanda, zamknęli Waldka.. Siedział też z nami Juliusz Wilczur-Garstecki. Kiedy wyszliśmy na spacer, dojrzał mnie przez okno celi Adam Michnik. Zaczął do mnie krzyczeć, miedzy innymi pytał z kim siedzę w swoim apartamencie. Ostrzegł, że Garstecki to agent bezpieki. Siedziało nas w celi ośmiu, jeszcze jakiś chłopak też z Ministerstwa Rolnictwa, ktoś jeszcze. Zaraz obok siedział Kazik Wójcicki, Marcin Frybes, Piotrek Szwajcer z Nowej, milicjanci z Niezależnego Związku Zawodowego, kilka innych osób, które znałem, ale większość moich bliskich znajomych siedziała w sąsiednim pawilonie.

 

Spóźnił się Pan.

 Spóźniłem.

 

Często – po latach – kpiono z warunków w jakich siedzieli internowani. Opływaliście w luksusy.

 Wie pan co, tak mogą mówić tylko ci, którzy nigdy nie siedzieli w więzieniu. Jeśli miałby porównywać Białołękę i Mokotów, w którym siedziałem w 84 roku, to Białołęka była o wiele gorsza. Przede wszystkim dlatego, że nie było wiadomo kiedy się wyjdzie. Może za miesiąc, może za pół roku, a może za dziesięć lat. Jak pan idzie do więzienia to sprawa z reguły kończy się wyrokiem, człowiek wie, że tyle i tyle musi odsiedzieć i koniec kropka. Tu czasami, nie wiadomo dlaczego, kogoś wypuszczano – z reguły, zwłaszcza w początkowym okresie – budziło to złe skojarzenia.

 

Jakie?

 Ciągle do Białołęki przyjeżdżały ekipy ubeków. Próbowano ludzi namawiać do podpisywania deklaracji lojalności, być może także innych papierów. Od któregoś momentu wiadomo było jak się kto zachował. Koledzy z celi obok tej, w której brano internowanych na te rozmowy wykruszyli cement obok rury idącej przez ścianę do kaloryfera i mogli wszystkiego słuchać.

 

Pana też wezwano na taką rozmowę?

 Oczywiście. Ale trwała bardzo krótko. Potem przyjechali jacyś ludzie, którzy chcieli nam wręczyć wymówienia z pracy. Bo w sensie formalnym pracownicy Krajówki NZS-u byli chyba zatrudniani przez Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego, a więc wciąż mieliśmy etaty. Nikt z nas nie podpisał tego wypowiedzenia. Potem żeśmy skarżyli te wymówienia w Sądzie Pracy. Oczywiście bezskutecznie. Wracając do Pańskiego wcześniejszego pytania o luksus. To na co nie mogliśmy narzekać, to jedzenie. Nie to więzienne, ono było beznadziejne. Ale dosyć szybko zaczęto dostarczać jakieś paczki z kościoła. Od tego czasu śmieję się, że kawę z mlekiem piję tylko w więzieniu – to tam koledzy mnie zmuszali do dolewania mleka…

 

Jak pan znosił więzienie?

 Źle. Ale chyba niewiele osób – pomijam kryminalnych, zwłaszcza recydywistów bo to inny świat /miałem z nimi trochę do czynienia wiele lat później, gdy robiłem aplikację/ – nie mających doświadczenia w długiej izolacji, znosi je dobrze. W celi, która ma parę metrów kwadratowych, jest osiem osób – kompletnie różnych, odmiennych charakterologicznie, mentalnie, z różnym doświadczeniem życiowym, młodych, starych. Czasami dochodziło do ostrych konfliktów – w tej mojej celi zwłaszcza z Garsteckim. To się może wydać dziwne, ale czasami decydował drobiazg – ten facet na przykład nigdy nie dzielił się tym, co dostał w paczce z domu. Ktoś chciał czytać – z tym był problem, nie było biblioteki, ale jednak kilka książek było w obiegu, czasami ktoś je dostał z domu – ktoś inny dyskutować albo grać w karty. Trudno było ustalić reguły.

Upokarzający był niczym nieosłonięty kibel. Wie pan, to nie jest zbyt fajne, spuszcza pan spodnie przy wszystkich. Siedmiu facetów udaje, że tego nie ma, ale przecież to pana i ich rzeczywistość.

 

Pańska rodzina szybko dowiedziała się, gdzie Pan jest?

 Oczywiście nie. Jak już mówiłem, ten milicjant nie zareagował na moją prośbę. Rodzice zaczęli mnie szukać, wszędzie im mówiono, że nikt mnie nie zatrzymał. Dowiedzieli się dopiero po jakichś dwóch tygodniach. Nigdy o tym  nie rozmawialiśmy, ale myślę, że to nie był dla nich łatwy czas. Zwłaszcza, że mama musiała się wynosić ze szkoły – była przewodniczącą koła Solidarności w szkole ale – jestem o tym przekonany – i to jakiego miała syna decydowało o jej sytuacji. Ojcu w instytucie odebrano pracownię, dostał za szefa jakiegoś faceta z maturą…

 

Niezbyt miło…

 Niezbyt. Tak czy siak, zobaczyłem się z rodzicami po miesiącu. Przyszli na widzenie ogromna sala, stoliki, kilkadziesiąt osób. Miałem też inny problem – byłem zakochany, a moja dziewczyna nie miała szansy się ze mną spotkać. Nie miała do tego żadnych podstaw prawnych – w tych kategoriach była dla mnie osobą obcą. Szybko postanowiliśmy wziąć ślub.

 

W więzieniu?

 Tak, w więzieniu. To zresztą było zabawne. Ewa poszła załatwiać sprawy w Urzędzie Stanu Cywilnego. „Kumaty” urzędnik mówi do niej: - pani jest w ciąży. Ona na to, że nie. On znów: - pani jest w ciąży. Ona znów, że nie. Załapała dopiero za trzecim razem. Chodziło o to, że gdyby nie była w ciąży, czekalibyśmy na ten ślub trzy miesiące, a tak mogliśmy go wziąć po miesiącu. Trzeba było jeszcze tylko dostarczyć papier potwierdzający tę ciążę ale z tym nie było problemu. Wystawił to zaświadczenie Krzysztof Boczkowski, poeta-lekarz.

 

Jak wyglądał ślub? Rozumiem, że weseliska nie było.

 Nie było. Jak wyglądał? Wzięli mnie z celi zaprowadzili do sali widzeń, byli rodzice Ewy, moi, świadkowie – mój późniejszy wspólnik z Przedświtu – Jarek Markiewicz i nasza koleżanka z Krajówki NZS-u, Bożena Zawiślak. Nie przyjechała moja babcia. Nie miała siły – nie w sensie fizycznym, była wówczas w świetnej kondycji, ale psychicznym. Więzienie kojarzyło jej się chyba – znów, tak przypuszczam, nigdy z nią też o tym nie rozmawiałem – z aresztowaniem dziadka w ’39 roku przez Rosjan i z wystawaniem pod więzieniem w Baranowiczach. Był oczywiście urzędnik Stanu Cywilnego i naczelnik więzienia.

 

A on po co?

 Jak to po co? Pan kompletnie nie rozumie jak Polska Rzeczpospolita Ludowa wspierała rodzinę. No, przecież był po to aby złożyć nam gratulacje, życzyć pomyślności w imieniu władz, etc., etc. Wyrecytowaliśmy formułki, potem zjedliśmy to, co przyniosły nasze rodziny, chwilę pogadaliśmy i tyle…

 

Nie dali Panu przepustki?

 A dlaczego mieli dać? Po godzinie było po wszystkim. Chciałem do celi przemycić – sprytnie, tak mi się wydawało, to obmyśliłem jeszcze przed ślubem – butelkę wódki ale obmacali mnie tak dokładnie, że nici były z „pijaństwa”. A najśmieszniejsze jest to, że gdybym wiedział, że za trzy tygodnie nie będę już w Białołęce, w ogóle by do tego ślubu nie doszło. Bo i jaki byłby tego sens.

 

Wypuścili Pana, jeśli dobrze liczę, w kwietniu ’82 roku?

 Nie, nie, w sensie formalnym wypuścili mnie dopiero w sierpniu. Ale przewieźli mnie do szpitala.

 

Rozchorował się Pan w więzieniu?

 Trochę tam chorowałem na korzonki, w celi do której nas przeniesiono nie było za ciepło. Dziesięć stopni. Ale do szpitala pojechałem z innego powodu. Kiedy miałem osiemnaście lat miałem jakieś krwotoki, niezbyt rozgarnięty lekarz wpisał mi podejrzenie hemofilii i dał skierowanie do Instytutu Hematologii. Tam, oczywiście, wykluczono taką przypadłość. Miałem bardzo rzadką skazę krwotoczną, która w żaden sposób nie miała wpływy na moje życie – mówiąc wprost, w ogóle nie była i nie jest ważna. Ale najpierw tym skierowaniem do Instytutu Hematologii załatwiłem sobie kategorię E w wojsku, a teraz w ’82 roku, moja rodzina „wychodziła” konieczność natychmiastowego leczenia mnie z powodu hemofilii w Instytucie Hematologii.

Przewieźli mnie tam i… No i byłem bohaterem narodowym. Lekarze wiedzieli, że nic mi nie jest ale przecież nie mogli tego ani napisać, ani powiedzieć. Za to szybko dowiedzieli się, że nie mieliśmy nocy poślubnej. No to ją mieliśmy, a po tygodniu moja żona – akurat były święta – oznajmiła naszym rodzicom i mnie, że jest w ciąży.

No i tak sobie byłem w tym szpitalu i kombinowałem, co tu robić. Najpierw zgłosiło się do mnie dwu kumpli, W. W. i L. S. /nie podaję ich pełnych nazwisk, niczego nie mam na papierze na potwierdzenie moich słów – więc nie chcę abyśmy pan i ja mieli proces/ abym ich wspomógł finansowo, bo mają offset ale nie mają pieniędzy na rozruch wydawnictwa podziemnego. No to im pożyczyłem ogromną sumę pieniędzy. Każdy by tak zrobił – Ojczyzna w potrzebie, dzielni bojownicy podziemia. Przehulali te pieniądze, nigdy ich już nie zobaczyłem. Byłem goły i wesoły. Potem przyszedł do mnie Jarek Markiewicz, znakomity poeta, o którym opowiem dalej, mój przyjaciel, który oznajmił, że chcą w podziemiu, między innymi z Leszkiem Szarugą, Iwoną Smolką, jeszcze kilkoma osobami, wydawać podziemne pismo literackie. Miało się nazywać „Wezwanie”. Mieli problem ze zrobieniem matryc offsetowych. Pokierowałem Jarkiem, powiedziałem do kogo ma się zgłosić.....

 

 


Podziel się

Nagroda Złote Pióro dla menadżera kultury

Nagroda Złote Pióro 
przyznana przez
Międzynarodowe Stowarzyszenie Artystów Autorów i Dziennikarzy
Virtualia ART w Brukseli

.

Nagroda ZŁOTE PIÓRO została przyznana Piotrowi Kasjasowi za całokształt jego ciężkiej pracy twórczej oraz nieocenioną działalność na rzecz promocji literatury poza granicami Polski.
Pan Piotr Kasjas jest uznanym polskim poetą, menadżerem kultury, organizatorem polonijnych imprez kulturalno-oświatowych na terenie Wielkiej Brytanii, który z ogromną determinacją i wielkim zaangażowaniem przyczynia się do mobilizacji i rozwoju polonijnych środowisk artystycznych.
 
"Jesteśmy dumni z tego, że środowiska polonijne mają w swoich szeregach tak znakomitego człowieka, animatora polskiej kultury"- powiedział Ambasador RP w Londynie.

 

Ta prestiżowa nagroda została ustanowiona przez zarząd stowarzyszenia Virtualia ART w roku 2013. Jest nią statuetka - "złote pióro w kałamarzu"          z certyfikatem potwierdzającym przyznanie nagrody.

Nagroda przyznawana jest w kategoriach:
- za debiut literacki
- za książkę poetycką lub prozatorską
- za czasopismo promujące literaturę, sztukę lub oświatę
- za całokształt pracy twórczej oraz za działalność artystyczno-literacką.

Kandydatami do nagrody Złote Pióro mogą być pisarze, poeci, redaktorzy, menadżerowie – animatorzy kultury oraz inicjatorzy życia literackiego
 
Piotr Kasjas z nagrodą
 
Piotr Kasjas z nagrodą
 
Statuetka Złote Pióro - dedytkacja

Podziel się

PISANIE JEST WSZYSTKIM INNYM

Pisarz zazwyczaj funkcjonuje słabo w rzeczywistości, raczej w głowie niż w kuchni. Ale za to dużo widzi. Trudna do zniesienia intensywność. Ciągle chce mi się spać

AGNIESZKA SOWIŃSKA: Ewa, bohaterka twojej powieści „Zaćmienie” wchodzi z obcym facetem do ciemnej piwnicy, bo ten mówi, że „chce jej coś pokazać”. „Normalna kobieta przypomniałaby sobie dziesiątki legend miejskich o rozpruwaczach i wampirach, albo przynajmniej uwodzicielach, którzy futrują ofiary tabletkami gwałtu, a potem penetrują ich przestronne wnętrza. Ale nie Ewa”. Też byś weszła?
AGNIESZKA WOLNY-HAMKAŁO
: Chyba tak. Ale ja nie jestem Ewą.

Ale ktoś ją jednak urodził.
Oczywiście świat Ewy jest przepuszczony przez moje doświadczenia, wrażliwość i wyobraźnię, ale Ewa wywodzi się raczej z innego języka. To jest początek nowej postaci: moment, kiedy osobny język wykluwa się w bohaterze – wtedy ta postać się emancypuje. Ewa jest dużo twardsza i o wiele bardziej zdystansowana od świata niż ja. Patrzy ironicznie, sceptycznie – była policjantka, mocna osóbka. Żadnych odlecianych fantazji i głębokich wzruszeń.  

Ale ma też słabe punkty – ciało, potrzeba miłości.
Ona ma czasami poczucie, że ciało ją zdradziło. Musi się nim opiekować, zajmować. Ma problemy z sercem. Starzeje się w przyspieszonym tempie. Im bliżej tytułowego „Zaćmienia”, tym szybciej to wszystko biegnie, a Ewa jest coraz bliżej nieokreślonej degradacji. 

„ZAĆMIENIE”

Ewa, zawodowa poszukiwaczka opowieści dla dużego wydawnictwa, przemierza duże polskie miasta: Gdańsk, Warszawę, Wrocław, Kraków. Każde z miast ma własne tempo, rytm, własny język. Nocą pokazują swój mroczny rewers. Ewa spotyka Annę Jantar, która nie zginęła w katastrofie samolotu, tylko żyje w ukryciu i przewodzi, Arnolda Schwarzenegera, który na spotkaniu z fanami wyznaje, że jest polskim Żydem oraz poetą lirycznym, pasjonatów wampiryzmu, których Chińczyk próbuje przekonać, że nie ma co się bać chińskiego czosnku… Ale każda z tych opowieści wydaje się jakoś niedokończona. Wszyscy czekają na tytułowe „Zaćmienie” - w mniej lub bardziej ironiczny sposób. Raczej z ciekawością bądź sceptyzmem niż wiarą. Książka napisana mieszanką języka potocznego, wulgarnego, ulicznego z literackim.

Jest samotna, ale ma oparcie w siostrze i trójce jej dzieci.
Ona wie, że gdzieś na świecie jest ciepły puls, do którego może przywrzeć. Szuka go. Ewa jest w tej książce na granicy miłości. Ale wie, że miłość to mit kultury, rozumie, że miłość może być wbrew popkulturze także siłą destrukcyjną. Już raz tego doświadczyła.

Musi mieć na imię Ewa? Musi być pierwszą kobietą?
Był taki wiersz „Masz zbyt pojemne imię do wiersza, Ewo”. Ono jest tak obciążone symbolicznie, jak tytułowe zaćmienie. Ewa – kobieta, ona, tamta, kulturowa, symboliczna everywoman. Poza tym to słowo jest dynamiczne, zamknięte i zwarte, ma tego rodzaju energię, jaka mi była potrzebna. 

Pamiętam, jak w dzieciństwie oglądałam zaćmienie słońca przez kawałek kliszy fotograficznej.
Albo przez szkło, które trzeba było okopcić nad świeczką. Przez denko butelki, słoik, zdjęcie rentgenowskie z własnym rakiem. Śmieszne urządzenia własnej roboty – taki adhocizm optyczny (śmiech). Jakoś mnie to wzruszyło, chyba mówiło coś o ludzkiej słabości.

O słabości?
Oni stoją jakoś tak nagusieńko przed wielkim, groźnym słońcem, tym nadbogiem, od którego są całkowicie zależni. I konfrontują się z nim za pomocą kawałka starego zdjęcia, na którym ktoś trzyma nadmuchanego królika. Słabe plemię skazane na klęskę. 

Wieszczysz koniec świata?
Ciągle czekamy na jakiś koniec świata. Choćby taki prywatny: wyniki biopsji, bo jest znamię, guzek w piersi, albo rodzimy tego dnia, albo ktoś nam umiera. To się dzieje co chwila. I nieustannie przepowiadają koniec świata, także ten bardziej spektakularny: rok 2000, rok 2012 – koniec kalendarza Majów. Media doskonale wykorzystują tę dynamiką końca świata. Nikt w to oczywiście nie wierzy, ale zbiorowe emocje, katastrofizm w końcu mnie też się udziela. Znowu zbliża się meteor, asteroida czy kometa i ja zaczynam to czytać...

I jest 0,00000000000001 procent szans, że uderzy w Ziemię...
To jednak jest ten dreszczyk, prawda? Kiepska wiadomość o śmierci. Taka myśl spod ziemi. Nawet w Zaduszki, nawet podczas momentów oswojonych, zrytualizowanych. To są zbiorowe emocje po prostu. One są potężne. Przecież wszyscy wiemy, jak pracuje tłum, w jaki sposób się ulega tej nadprogramowej energii.

Agnieszka Wolny-Hamkało, „Zaćmienie”
Czarne, 200 stron, w księgarniach od listopada 2013
A ty im ulegasz?
W 2000 roku pojechałam na koniec świata do Krakowa – tak jak się jedzie na koncert. Pożegnałam się z mamą, wsiadłam do pociągu. Był sierpień, rozgrzany Rynek, ludzie śnięci jak muchy. Wynajęłam pokój w hotelu i tak sobie stałam, patrząc w słońce. Świat jakoś wcale nie chciał się skończyć.

Jak w „Zaćmieniu”. Tam też nie jesteśmy pewni, jak się to skończyło. I co się stało z Ewą.
Ja też nie wiem, co się z nią stało. Chciałabym, żeby czytelnik sam dopisał zakończenie, zdecydował. Bo przecież, jak głosi stara prawda, wszystko zależy od interpretacji. I w prozie, i w życiu, i w wierszu. 

„W tej pozbawionej reguł grze wszystko zależy od ciebie. Poezja to nie jest żylasta hydra z metafor, zimna kochanka w mejkapie ze słów. To kurtyzana twojej wyobraźni, mikrofalowa kuchenka twoich własnych wspomnień, suflerka skojarzeń – które masz tylko ty” – tak napisałaś w „Inicjale z offu”, w którym świetnie pokazujesz, co może stać się z wierszem, który dostanie się do czyjejś głowy.
Ale spotkałam się także z wrogością w przypadku tej książki.

Jak to?
Są ludzie, którzy uważają, że takie bezpośrednie wepchnięcie wiersza w ręce czytelników jest groźne, że przynosi niepożądaną dowolność, zupełną anarchię. Uważam, że to szkodliwe podejście, które odsuwa ludzi od poezji, sprawia, że pojawia się nieśmiałość, poczucie niekompetencji i w końcu strach przed wierszem.

Dlatego żyjemy „w czasach, w których poezja już nikogo nie obchodzi”?
Zawsze obchodziła garstkę ludzi. I tylko na początku jest to smutno rozczarowujące. Potem oczekiwania maleją.  

Ty jesteś w tej garstce.
Ale to żaden heroizm. Uważam, że poezja spełnia całkiem praktyczne funkcje. Może nas do różnych rzeczy stymulować, zmieniać nasze relacje społeczne, postawy, decyzje. Mam w podręcznej apteczce wiersze na różne sytuacje i zdarza się, że serio pomagają – jak wszystkie inne kapsułki: ibuprom, propranolol, xenna max (śmiech). Ale nawet jeśli chodziłoby tylko o piękno w wierszu – nic więcej – to jednak ciągle coś, prawda? Opłaca się.

Po co poetka pisze powieść?
To nie jest tak, że przestałam pisać wiersze, ale – jak człowiek jest bardzo młody, to właściwie wyłącznie przeżywa. Emocje wysuwają się na pierwszy plan – najpierw one, dopiero potem refleksja, analiza, dystans. I jest niecierpliwość, żeby te emocje rozładować natychmiast, efektownie, na krótkim dystansie. Wiersz nadal wydaje mi się formą szlachetną i bardziej intymną niż proza. Ale pewnego razu te moje doświadczenia, emocje przestały mieścić się w wierszu – dla mnie to ten moment: zaczęłam pisać prozę.

Zawsze myślałam, że dojrzewanie to odwrotna droga – ze słowotoku powieści do poezji, w redukcję słowa. 
I tak może być. Myślę, że nie warto zostawać na bezpiecznych pozycjach – lepiej łobuzować, eksperymentować, iść w ciemno, w inne formy. Ucieczka do przodu ma sens. Tym bardziej że możemy używać narzędzi, które nabyliśmy na innych polach. W powieści wykorzystałam to, czego nauczyła mnie poezja: kondensacji, skrótu, metafory i może jeszcze filmowego, obrazowego przedstawiania świata.

W „Zaćmieniu” budujesz ten świat na detalu, mikroobserwacji świata i ludzi. Przyglądasz się na przykład wnikliwie młodziutkim prostytutkom na Emilii Plater w Warszawie.
Detal jest ważny, to on pozwala coś naprawdę zobaczyć, ułatwia czytelnikowi kontakt z tekstem, który przestaje być abstrakcyjny i wreszcie można się w nim zakorzenić. Konkrety bywają lepsze od ogólników: więcej wiemy, czytając „Nokia” niż „telefon”. Przyglądam się ludziom uważnie, próbuję wejść im pod skórę, włożyć palec w oko.

AGNIESZKA WOLNY-HAMKAŁO

ur. 1979, autorka książek poetyckich: „Mocno poszukiwana”, „Lonty”, „Gospel”, „Ani mi się śni”, „Spamy miłosne”, „Nikon i Leica” oraz książek dla dzieci: „Nochal czarodziej” (il. Antoni Wajda) i „Rzecz o tym, jak paw wpadł w staw” (il. Józef Wilkoń). Współautorka antologii opowiadań „Projekt Mężczyzna”, „ORWO” i „7 grzechów głównych”. W latach 2009–2011 współprowadziła w TVP1 program „Hurtownia książek”. Wicenaczelna literackiego miesięcznika „Chimera”, członkini zespołu programowego Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania, redaktorka Laboratorium Opowieści. 

Ostatnio wydała zbiór szkiców poetyckich „Inicjał z offu”, tomik „Borderline” oraz powieść „Zaćmienie”. Mieszka we Wrocławiu. Jej mężem jest poeta i krytyk literacki Marcin Hamkało. Mają syna Miłosza.

Czyli pisarz musi mocno funkcjonować w tej rzeczywistości?
Zazwyczaj funkcjonuje słabo (śmiech). Funkcjonuje raczej w głowie niż w kuchni. Ale za to dużo widzi. I musi to wszystko przemielić jak maszyna. To się przecież zdarza pisarzom. Siedzimy, pijemy, nagle on się zawiesza, odjeżdża i słychać, jak mu się mięso mieli w mózgu. Trudna do zniesienia intensywność myślenia, przeżywania.

A jak znosisz tę rzeczywistość?
Jestem ciągle zmęczona i ciągle chce mi się spać (śmiech).

Jak odpoczywasz?
Bardzo się zapalam do różnych działań, ludzi. Jakbym ciągle od nowa zakładała galerię, otwierała sklep. Potrafię w ten sposób całkiem daleko odlecieć. Co chwila uczę się pływać kajakiem, przeprowadzam się do Berlina, robię komiks, uczę się francuskiego. Potem strumień energii się urywa i lot zmienia kierunek: w dół. Wtedy muszę być sama, najlepiej z książkami, które mnie neutralizują zupełnie, odklejają na amen.  

Ale to chyba bardziej złożone.
Tak, jest w tym jakaś ambiwalencja: odchodzę od ludzi, kiedy czytam książkę, a jednocześnie zbliżam się do nich poprzez książkę, komunikuję.

Twoja bohaterka Ewa, kiedyś policjantka, dziś „łowczyni” opowieści dla dużego wydawnictwa, „była jak dziewczyna, która wsiada do samochodu z nieznajomym. Być może ryzyko wydawało się tym razem za duże (...), ale korciło ją, żeby przekonać się, co będzie dalej”. Dla dobrej opowieści można odważyć się na wszystko?
To zabrzmi staroświecko, postromantycznie, ale myślę, że tak jest: przekracza się granicę bezpieczeństwa. Nawet ze świadomością, że popełnia się błąd. Mimo to idzie się dalej w ciemno, idzie się, bo w pisaniu nie ma miejsca na kompromisy.

Nie wszystkie opowieści są tego warte.
Czasami czytam niezłe powieści autorów, którzy nie dotykają tych wrażliwych miejsc, nie wchodzą pod skórę, zatrzymują się przed granicą bezpieczeństwa. Piszą poprawne książki, którym czegoś brakuje. Wyjście z ich świata nie sprawia nam trudności. Nie zostawiają śladów. 

Pisarz powinien przekraczać tę granicę bezpieczeństwa? Za czytelnika, który nie ma odwagi?
To zależy od pisarza. Są tacy, którzy wolą światy wymyślać, i wielcy realiści, którzy muszą pojechać w miejsce, które opisują, powąchać tamtejsze powietrze, zmierzyć wzrokiem perspektywę. Lubię, jak pisarz zostawia dla czytelnika w powieści jakiś bonus – to może być zaskakujący, progresywny język, ale może być też element rzeczywistości, którego nie mamy zwykle okazji eksplorować. Taki bonus to na przykład medyczny kontekst i neurochirurgiczny żargon w „Sobocie” McEwana. Fabuła nie zawsze jest najważniejsza.
Pisząc „Zaćmienie”, zastanawiałam się, co mam do zaoferowania czytelnikowi. 

I co to było w tej intencji?
Miałam za sobą jakieś doświadczenia telewizyjne, historyjki z Woronicza – pomyślałam, że to może być zabawne: wrzucić moją bohaterkę w ten kontekst i zobaczyć, jak się zachowa. Całe lata świetlne chodzenia po knajpach – to też jest jakiś materiał, przykurzony, brudny troszeczkę. Albo doświadczenia szpitalne. Leżałam na porodówce i obserwowałam, jak pielęgniarki odsłuchują serca ciężarnych, taki nocny sound system.

„Z korytarza słyszeli przyspieszone bicie setek serc, ponieważ ciężarne miały podwójne serca, miały serca w brzuchach – uderzenia zestrajały się w tętent tam-tamów”. To jedno ze zdań, które zostają w głowie i w niej łomocą, rezonują.
Lekarka przychodziła co trzy godziny, mierzyła tętno leżącej obok mnie kobiecie, która miała urodzić bliźniaki. Ta miała trzy serca. Kurczę, pełen surrealizm. Właśnie takie historie chciałam pchnąć dalej w świat.

Na koniec zadam ci jeszcze pytanie twojej bohaterki Ewy: „dlaczego piszesz? z lęku przed śmiercią?”.
Gdyby książki miały naprawdę moc ocalania przed śmiercią – wykształcilibyśmy ewolucyjnie całkiem dobrą literaturę (śmiech). Projektowanie literatury ważkiej i wiekopomnej też raczej jej szkodzi. Nagle pojawia się mnóstwo wyrazów, które myślimy wielkimi literami. Wolę, kiedy pisanie – nawet jeśli dotyczy spraw ostatecznych – jest bliskie życiu, kiedy obok filozofii jest fizjologia, a my, dzięki bohaterom, przejmujemy zindywidualizowany obraz świata. Pisanie nie jest formą nieśmiertelności, może raczej formą pamięci, zapasowym twardym dyskiem, na który zapisujemy nasze poglądy i marzenia, lęki, rozmowy, złowione w tłumie spojrzenia. Ale to także, a może przede wszystkim, przygoda: bieg kolorowym wzgórzem. Oczywiście pisanie jest oprócz tego wszystkim innym, nie potrafię na szybko tego zdefiniować, zamknąć w jakimś jednym – nie wiem czym, muszę coś teraz wymyślić: w jednym słoiku (śmiech).


Podziel się

Izabela Kawczyńska

Marcin Bałczewski: Nie wiem, jak Ciebie, ale mnie denerwuje, kiedy interpretując wiersze ludzie determinują je poprzez osobę autora. Wydaje mi się, że możesz często stykać się z tym zagadnieniem. Tak więc - ile w twórczości Izabeli Kawczyńskiej jest Izabeli Kawczyńskiej, a ile to po prostu poetycka fikcja?

Izabela Kawczyńska: Odczytywanie literatury w sposób dosłowny jest nieporozumieniem. Ten problem James Joyce formułował anegdotycznie: „Jak autor żył? Czy pił? Miał długi nos?” Zwłaszcza w poezji konfesyjnej istnieje pokusa interpretowania kreacji literackiej jako biografii poety. Konfesyjność to także kreacja. Dla mnie sztuka jest przestrzenią absolutnej wolności, prawdziwym zmyśleniem. Ma odhaczać możliwości, przekraczać nas, dopowiadać, dopełniać. 

M.B.: Jako zawodowa antykwariuszka musisz znać i mieć stosy książek. Które cię najbardziej urzekają, które mają wpływ na Twoją twórczość?

I.K.:  Anne Sexton i Sylvia Plath to autorki szczególnie mi bliskie. Miałam siedem lat, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z ich poezją i od tego czasu pozostaje ona dla mnie nieodzowna i oczywista jak oddychanie. Z innych twórców, w ogromnym skrócie: Derek Mahon, Ciarán Carson, George Mackay Brown, Adrienne Rich, Vivienne Plumb, Zdeněk Rotrekl, Leo Lipski, Ota Pavel, Dylan Thomas, Ivo Michiels, Franz Kafka, James Joyce, Georges Bataille. Spoza literatury dwie ważne dla mnie książki to „O sobie” Krzysztofa Kieślowskiego oraz „Rozmowy z Francisem Baconem” Davida Sylvestra.

M.B.: Moment – Kieślowski to reżyser, Bacon to malarz, możesz podpowiedzieć czemu to oni, czy też książki o nich są ważne dla Ciebie, a nie np. biografia Sylvii Plath?

I.K.: Biografia Sylvii nie, jej dzienniki – jak najbardziej. Kieślowski i Bacon to bardzo bliscy mi twórcy. W książkach-wywiadach mówią dużo o swoim podejściu do sztuki, świata, samych siebie.

M.B.: Skąd taka namacalna "cielesność" w utworach, mięso, ciało, zapachy?

I.K.: Przede wszystkim tekst musi być sensualny, musi oddziaływać poprzez zmysły. Jeszcze wyraźniej widać to w drugiej książce, „Largo”, osadzonej w poezji głębokiego obrazu, Deep Imagism. Dlaczego tak się dzieje? Nie potrafię odpowiedzieć. Pisanie to podróż do wewnątrz, kontaktowanie się z własną podświadomością. Na tym polega cała tajemnica.

M.B.:
 Czyli sensualność wiersza to „mus”?


I.K.: 
Tak jest u mnie, ale oczywiście nie jest to żaden warunek w poezji. 

M.B.: Nie wiem, czy tak powinno być, ale czytając Twoje wiersze na głos jakoś strasznie podkreślam te "r" "rz", "szy", "czy", przez co utwory są strasznie ostre...

I.K.: Cieszę się, że czytałeś je na głos. Tekst musi brzmieć. Musi posiadać wewnętrzny rytm i porządek. Brzmienie wiersza powinno wzmacniać jego treść. 

M.B.: Pytanie idealnie dla Urzędu Miasta i pracujących tam osób – a gdzie u twoich wierszach Łódź?

I.K.:  Pisząc o mieście, zawsze w jakimś sensie piszę o Łodzi, tutaj dorastałam, można powiedzieć, że Łódź to dla mnie archetyp miasta. To bardzo zagęszczona przestrzeń, która hipnotyzuje, jednocześnie zachwyca i przeraża. Postrzegam miasto, podobnie jak Witkacy, jako organizm determinujący życie ludzi, wyznaczający sposób komunikacji i zachowań. Widzę w tym zagrożenie dla indywidualności. Coraz mniej potrafię się w nim odnaleźć. Stąd decyzja o przeprowadzce na wieś, w konsekwencji której miasto być może nie zniknie całkiem z moich tekstów, ale z pewnością będzie go mniej niż dotychczas.

M.B.: Brałaś udział w warsztatach Creative Writing prowadzonych przez Nataszę Goerke i Marcina Hamkało. Goerke to jedna z moich ulubionych pisarek, jak się z nią pracowało? W ogóle uważasz, że Creative Writing ma jakiś sens?

I.K.:  Jednym słowem: świetnie! Bardzo cenne doświadczenie. W dużym stopniu zmieniło moje podejście do pisarstwa. Uświadomiło jak benedyktyńską pracą jest pisanie. Ile godzin mozolnych wysiłków, ile szkiców i wersji może złożyć się na jedną stronę gotowej prozy. Ile pułapek i dwuznacznych sformułowań czai się w jednym, pozornie prostym zdaniu. Nie da się przecenić korzyści płynących z pracy z tak doświadczonym twórcą.

M.B.:  
Tradycyjnie na zakończenie: znasz jakąś literacką anegdotę?

I.K.:  Znany pisarz otrzymał list od początkującego literata z próbką twórczości i zapytaniem, czy warto kontynuować, czy może lepiej przestać pisać. Odpowiedź brzmiała: „Pan może przestać i Pan się waha?”

M.B.: Masz jakieś rady dla początkujących twórców? 

I.K.: Przede wszystkim czytać. Uczyć się od innych. Pracować nad warsztatem. Pisać. Naszych małych opowieści nikt nie opowie za nas.

 


Podziel się

Jerzy Granowski

 

 

M.G. Pisze Pan wiersze od wielu lat, jest Pan współautorem kilkunastu almanachów poetyckich. Jednak dopiero teraz zdecydował się Pan na autorski tomik. Dlaczego tak późny debiut?

J.G. Tomik wierszy „Wstaniemy o świcie” powstał kilka ładnych lat temu i dojrzewał w tzw. szufladzie. Po prostu czekał na moją decyzję złożenia go w wydawnictwie. Czas ten poświeciłem na szukanie potwierdzenia wartości mojej twórczości poetyckiej. Internet i czytelnicy oraz inni poeci potwierdzili to na forach internetowych. Ostatecznie Stowarzyszenie Siwobrodych Poetów w Krakowie zweryfikowało i wydrukowało książkę w Wydawnictwie Miniatura. 

M.G. „…wstaniemy o świcie jeszcze przed obudzeniem zegarów i zaśniemy nie mając ochoty do żartów…”. Czy tytułowy wiersz jest manifestem wyobcowania twórczej jednostki czy może przestrogą dla jej ignorantów?

J.G. Interpretację wiersza pozostawiam czytelnikom, ale Pani bardzo wnikliwie wyartykułowała istotę myśli. Każdy poeta jest niejako wyobcowany i często niezrozumiany przez współczesnych, musi borykać się z własnymi myślami i osobowością twórczą. Także stara się w swojej poezji wpływać na otoczenie i pobudzać „ignorantów” do działania. To trudne, ponieważ osoba, która czyta poezję i sięga po inne gatunki literackie nie jest ignorantem. A jak dotrzeć do tych, którzy nie czytają książek, a nawet gazet – nie wiem. Więc jak tu mówić o przestrodze?

M.G. Poeta, malarz, rzeźbiarz, dziennikarz, miłośnik kolei… Czy uważa Pan siebie za człowieka renesansu?

J.G. Żyję, mieszkam i tworzę tu i teraz, obserwuję otaczające mnie środowisko. Ciekawość pozwalała mi odnajdywać siebie w nowych wyzwaniach nowych dziedzin sztuki. Daje mi to wewnętrzną satysfakcję, a jeśli to, co stworzę podoba się odbiorcom, tym bardziej mnie motywuje do nowych wyzwań. To ciągłe doskonalenie się, rozwijanie swoich wrodzonych i nabytych umiejętności. Kolejne wyzwania nie pozwalają pozostawać w miejscu, ponieważ w XXI wieku kto stoi w miejscu ten się cofa. 
Człowiekiem renesansu możemy nazwać kogoś, kto przez całe życie kształcił się, rozwijał swoją osobowość, dążył do osiągnięcia pełni człowieczeństwa. To osoba otwarta, szczera, odważna, o szerokich zainteresowaniach. A więc, z przymrużeniem oka, mogę zaliczyć się do człowieka renesansu.

M.G. Należy Pan do grupy poetyckiej WARS, której twórcy opiewają w swoich wierszach przed wszystkim tematykę związaną z koleją. W Pana wierszach fascynacja koleją jest dość wyraźna i znacząca. Skąd się wzięła?

J.G. Koleją interesowałem się od dzieciństwa, zresztą prawie każdy chłopiec marzył o kolejce elektrycznej, ja także, choć dawniej były kolejki z lokomotywą na kluczyk. Na kolei przepracowałem ponad dwadzieścia lat na różnych stanowiskach, począwszy od zwrotniczego, dyżurnego ruchu, a na stanowisku konstruktora rozkładów jazdy kończąc. 
Chociaż dziś zajmuję się dziennikarstwem radiowym we Fiacie, z sentymentem wspominam kolej i nadal się nią interesuję, ale z zupełnie innej perspektywy. Stąd czerpię inspirację do moich wierszy o tematyce kolejowej i nie tylko, gdyż kolejowe artefakty wykorzystuję w twórczości nie tylko poetyckiej. Muszę dodać, że w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku napisałem dwa słuchowiska o tematyce kolejowej, które wyemitowane były na antenie PR Katowice w audycji „Mikrofon i muzy” pod redakcją Macieja Michała Szczawińskiego. 

M.G. „Wstaniemy o świecie” to zbiór wierszy o różnorodnej tematyce, adresowany przede wszystkim, do kogo?

J.G. Każdy poeta chciałby, żeby jego wiersze czytali wszyscy. Czy to możliwe? Na to pytanie może odpowiedzieć czytelnik, który zanurzy się w strofach mojej poetyki i powie - ten wiersz do mnie przemawia. Poeta wskazał mi coś, co znałem, a na co przez całe zagonione życie, wyścig szczurów, nie zwracałem uwagi i przechodziłem obok obojętnie. 
Każdego dnia wstając o świcie nie zapominajmy o sobie, swoich bliskich i całym otaczającym nas pięknie tego świata. Tomik adresuję do wszystkich, a chciałbym, żeby trafił szczególnie do tych, którzy zagonieni codziennością zapomnieli, że życie daje więcej niż walkę o intratne stanowiska i pieniądze.

M.G Kiedy czytelnicy mogą oczekiwać Pana kolejnego tomiku?

J.G. Nie zasypiam gruszek w popiele i przyznam się, że intensywnie pracuję nad kolejnym tomikiem poetyckim o roboczym tytule „Odkrywcy”, ale czy ujrzy światło dzienne w przyszłym, czy kolejnym roku – zobaczymy.

MG. Dziękuję za wywiad i życzę dalszych sukcesów twórczych!
Marta Gracz


Podziel się

Organizacja Polonijna na Rzecz Rozwoju i Promocji Polskiej Kultury i Sztuki

Jesteśmy organizacją pozarządową o charakterze non-profit, zajmującą się  promowaniem i rozwojem polskiej kultury i sztuki  na terenie Wielkiej Brytanii oraz poza jej granicami.

Edukacja kulturalna jest jednym z najbardziej zaniedbanych elementów rozwoju społecznego. Dlatego jako organizacja kulturalno-rozwojowa chcemy przyczyniać się do rozwoju i promocji istniejących wartościowych przedsięwzięć artystycznych o charakterze kulturalno-artystycznym, na które nie brakuje nam pomysłów.

Naszym celem jest również edukacja dzieci i młodzieży przez sztukę i aktywność kulturalno – oświatową, zaspakajanie potrzeb kulturalno – oświatowych dorosłej społeczności polonijnej oraz wspomaganie indywidualne, osób utalentowanych artystycznie.

Jesteśmy otwarci na współpracę w podejmowania działań na rzecz rozwoju i promocji kultury na płaszczyźnie polsko-brytyjskiej.

 

Poprzez nasze działania chcemy uświadomić społeczeństwu potrzeby organizacji i sensu inwestowania w rozwój kultury oraz zachowanie i promocję dziedzictwa narodowego.  Jest to projekt długofalowy, nastawiony na poprawę jakości życia społecznego oraz zacieśniania i umocnienia stosunków kulturowo-narodowościowych.  Deklarujemy profesjonalne działanie koncepcyjne, organizacyjne i promocyjne. Mamy nadzieję, że przyczynimy się do zaistnienia i promocji interesujących projektów kulturalnych, takich jak: imprezy poetycko-literackie, muzyczne, wystawy sztuki, koncerty młodych talentów, przedstawienia teatralne itp.

Liczymy na wsparcie organizacji państwowych, społecznych oraz biznesowych.

 

Piotr Kasjas

Prezes organizacji

 

Obraz4.png

 


Podziel się

VI Festiwal Poezji Słowiańskiej 2013

 

Organizowany już po raz szósty przez Aleksandra Nawrockiego i Redakcję  POEZJI dzisiaj Festiwal Poezji Słowiańskiej miał niebywale duży zasięg. Uroczyste świętowanie rozpoczęto 11 listopada w warszawskim Klubie Księgarza Międzynarodowym koncertem poetycko-muzycznym przy samowarze, a inaugurację w Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza, przy gospodarskiej współpracy dyrektora, Jarosława Klejnockiego, poety i pisarza. Zaprezentowano cztery antologie /wydane przez Wydawnictwo IBiS poezji białoruskiej Wiatr od Niemna w przekładzie na język polski, poezji polskiej w przekładzie na język białoruski,  EntZEITlichtantologię poezji europejskiej  w językach oryginału i po niemiecku, w opracowaniu Stefana Zajonza/ oraz Niosący słowa – antologię poezji współczesnej w opracowaniu Fredericka Rossakovsky`ego-Lloyd, wydaną w Anglii. Obecny na uroczystości Eduard Shwaiko, dyrektor Centrum Kulturalnego Białorusi w Warszawie, wręczył Mirze Łukszy i Aleksandrowi Nawrockiemu Dyplomy uznania za wkład w utrwalaniu białorusko- polskich związków kulturalnych.

Dariuszowi Bereskiemu za działalność za granicą organizacja polonijna „Głos Polskiej Kultury", której przewodniczy  Piotr Kasjas, nadała prestiżowe wyróżnienie - tytuł „Człowieka Zasłużonego Kulturze Polskiej” i przyznała statuetkę „Złote skrzydła” – dyplom oraz statuetkę w imieniu organizacji wręczył Aleksander Nawrocki.

 Gośćmi honorowymi Festiwalu byli poeci białoruscy. Dalszy ciąg imprez odbywał się w Kielcach i Połańcu oraz na Podbeskidziu, w Czechowicach-Dziedzicach i Bielsku-Białej.

Do organizacji, na wniosek Aleksandra Nawrockiego, Festiwalu twórców wszystkich Festiwali Poezji Słowiańskiej w Londynie włączył się aktywnie Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie pod przewodnictwem Prezesa, Andrzeja Krzeczunowicza. Głównym organizatorem był poeta i założyciel grupy artystycznej KaMPe,  Aleksy Wróbel.  Goście zjechali się z różnych stron Europy, a nawet z Syberii i Brazylii i mieli okazję być w ważnych dla Polaków miejscach, m.in.  w Instytucie Polskim i Muzeum im. Gen. Sikorskiego oraz  Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym, gdzie odbywała  się większość spotkań, zostali także przyjęci przez  Witolda Sobkowa,  Ambasadora Nadzwyczajnego i Pełnomocnego w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz konsula,  Tomasza Stachurskiego. Od 22 do 24 listopada odbywały się spotkania, sesje naukowe, wystawy, koncerty poetycko- muzyczne i  prezentacje książek .  Podczas spotkań zaprezentowali się także najmłodsi  uczestnicy Festiwalu: członkowie Awangardy Wileńskiej i londyńska grupa artystyczna KaMPe, działająca przy Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, która przyznała  nagrody w postaci statuetek twórcom: Apolonii Skakowskiej i Aleksandrowi Sokołowskiemu z Wilna oraz Aleksandrowi Nawrockiemu z Warszawy „za współpracę i wsparcie młodych poetów emigracyjnych”.

Aleksander Nawrocki i Eduard Shvaiko, dyrektor  Centrum Kulturalnego Białorusi..jpg

 Aleksander Nawrocki i Eduard Shvaiko, dyrektor  Centrum Kulturalnego Białorusi.

 Spotkanie w Klubie Księgarza.  Jan Czykwin, Wiktor Stachwiuk, Mira Łuksza..jpg

 Spotkanie w Klubie Księgarza. Od lewej: Jan Czykwin, Wiktor Stachwiuk, Mira Łuksza.

 Londyn – spotkanie poetów z Ambasadorem RP, Witoldem Sobkowem..jpg

Londyn – spotkanie poetów z Ambasadorem RP, Witoldem Sobkowem.

 

 Nagrodzeni statuetkami (od lewej) Aleksander Nawrocki, Apolonia Skakowska i Aleksander Sokołowski..

Nagrodzeni statuetkami (od lewej):Aleksander Nawrocki, Apolonia Skakowska i Aleksander Sokołowski.

 Poeci na wernisażu malarstwa i fotografii w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym. W środku pier

Poeci na wernisażu malarstwa i fotografii w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym.W środku pierwszego rzędu organizatorzy: Aleksander Nawrocki   i Aleksy Wróbel.

 Darek Bereski - nagroda.JPG

Dariusz Bereski odbiera nagrodę – tytuł „Człowieka Zasłużonego Kulturze Polskiej” oraz statuetkę „Złote Skrzydła”. Wyróżnienie przyznane przez uznaną organizację polonijną "Głos Polskiej Kultury".

 

Podziel się

TUWIM.Inspiracje

„Tuwim. Inspiracje” to wydarzenie artystyczne przygotowane specjalnie z okazji Roku Juliana Tuwima 2013. Książka zawiera esej Miłosza Kamila Manasterskiego „Tuwim. Duch” oraz zbiór wierszy autora inspirowanych twórczością Juliana Tuwima. Każdemu z wierszy towarzyszy motto zaczerpnięte z poezji Tuwima. „Tuwim. Inspiracje” pokazuje nawiązania do poezji Juliana Tuwima obecne w poezji znanego współczesnego autora, jest chlubnym przykładem kontynuacji literackiej tradycji. Książce towarzyszy prelekcja multimedialna adresowana do młodzieży gimnazjalnej i licealnej oraz osób dorosłych.
 
Fragmenty książki „Tuwim. Inspiracje”:
 
Tuwima można czytać i mieć z lektury przyjemność - od ręki, bawić się nią i nie przerażać, że czegoś nie zrozumieliśmy, że wszystko jest niejasne. Bardzo cieszył mnie Rok Czesława Miłosza   (2011) – jeszcze bardziej cieszy mnie Rok Juliana Tuwima 2013, ponieważ jest to właściwy moment do odczarowywania poetyckich przesądów.  Tuwim jest idealnym przykładem poezji jak najbardziej masowej – w sensie popularnej i dostępnej. Popularny jest dziś przede wszystkim dzięki utworom dla dzieci – ale nie należy tego lekceważyć. Jest to fantastyczny kapitał, ponieważ jego nazwisko  jest dzięki niej znane wszystkim i kojarzone z poezją. Teraz pozostaje nam uprzytomnić jak najszerszej grupie czytelników i in spe czytelników, że istnieje twórczość Tuwima dla dorosłych.    
 
W Roku Juliana Tuwima trzeba o nim opowiedzieć w sposób przystępny i atrakcyjny dla współczesnych, językiem raczej prostym niż uzbrojonym w filologiczną terminologię. Kto chce, niech zgłębia uczone analizy, z pewnością warto, jednak dla popularyzacji tej poezji żadna praca naukowa nie będzie skutecznym środkiem. Stąd i moje własne przygotowania do prelekcji o Julianie Tuwimie, które rozpocznę zaraz po ukończeniu tejże książki. 

 
 
 
95-040 KOLUSZKI
 
(…) A pamiętam, jak słówko po słówku,
Jak okrzyk po okrzyku, jak chwilkę po chwilce
Wbijałem w marmur karty drgającą stalówką:
Wiekopomnym moich cierpień rylcem.
 
Julian Tuwim Listy miłosne
 
 
 
 
piszę do ciebie
na adres poczty w Koluszkach
 
niewielki budynek przy dworcu
miejsce przeznaczenia zapomnianych paczek
listów nie mających dokąd iść 
kartek pocztowych z rozmytą nazwą miasta
bezdomnych walentynek
 
piszę do ciebie często 
nie liczę na odpowiedź
chyba że poczta w Koluszkach
przyśle mi upomnienie
 
na wszelki wypadek
nie podaję swojego adresu
nie czekam na zwrot
za znaczki
 
piszę do ciebie o miłości
piszę o twoich oczach
dłoniach które chciałbym ogrzać swoimi
sercu którego na pewno
nie zmiękczę listami
 
panie na poczcie w Koluszkach
znów płaczą
 
kolejny list komisyjnie otwarty
nie przynosi śladu nadziei
tylko kolejny ciężar uczuć
zbyt wielkich by je pomieścić 
w kopercie formatu DL
 
piszę do ciebie 
na adres poczty w Koluszkach
 
tylko tak potrafię
pisać do ciebie 
prawdę
 
 
Fragment książki Miłosza Kamila Manasterskiego „Tuwim. Inspiracje” - Akademia Poezji / Wydawnictwo Książkowe „IBiS”

 


Podziel się

MATKA NA OŚWIĘCIMSKIM OBŁOKU

Wstęp

Pisząc o twórczości Wandy Karczewskiej, nie mogę pozbyć się wrażenia, że piszę o dykcji literackiej, która w Polsce została zlekceważona, potem zaś odrzucona. Zarazem jednakże, muszę podkreślić, że nie wydaje się ona narracją zaprzepaszczoną, językiem nierozwiniętym, pozostawionym na manowcach literatury w postaci ziarna, które nie obumarło. Karczewska bowiem, choćby w powieści Wizerunek otwarty, zaproponowała jego skończoną postać, utrwaliła tym samym swój własny wzorzec dykcyjny. Nikt jednak poza nią nie rozwinął jej doświadczenia językowego, nie polemizował z pisarką ani nie przekształcał twórczo jej sposobu narracji.

Maria i Paweł: Atak na narrację

Proza Karczewskiej, taka jak Głębokie źródła czy Wizerunek otwarty, także jej tomy poetyckie, m. in. Powrót do Kalińca, stanowią tym samym rodzaj dokumentu narracyjnego, umożliwiającego unikalne doświadczenie dykcji, o której Anna Kamieńska pisała: ten liryzm, co chwila ośmieszany i ośmieszający sam siebie, mimo wszystko narasta i niesie ciemną, pełną niedomówień i tajemniczości falę literackiej narracji („Nowa Kultura”, 1973). Fenomen prozy Karczewskiej wynika z podjęcia przez nią eksperymentu syntetyzującego w obrębie utworu fikcję literacką, realizm i autentyzm. Eksperyment ów, co warte szczególnego podkreślenia, jest eksperymentem stylizacyjnym – poprzez stylowe ukształtowanie narracji dochodzi w powieściach pisarki do mieszania porządków ontycznych dzieła literackiego.

Za przykład niech posłużą zdania kończące wydaną w 1973 r. powieść Karczewskiej pt.Głębokie źródła. Niejednokrotnie w swoich utworach pisarka doprowadza do rozbicia figury domu, przy tym: do unicestwienia tego, co Kamieńska określała mianem jej własnej tonacji lirycznej. Sadyzm, wprowadzany w nostalgiczny, kalejdoskopowy pejzaż świata przedstawionego, Karczewska realizuje za pomocą zabiegu trudnego do opisania z perspektywy historycznoliterackiej. Dla potrzeb niniejszego szkicu określę go mianem ataku narracyjnego. Tego rodzaju atak, akt narracyjnej i pisarskiej agresji wobec fabuły utworu, uważny czytelnik autorki napotyka już w prologu Wizerunku otwartego. W podobnym, choć zwielokrotnionym doświadczeniu uczestniczy on również, zapoznając się z epilogiem Głębokich źródeł, w którym Maria – narrator powieści – ujawnia swoje demiurgiczne skłonności i demaskując kreowaną przez siebie fikcję literacką, doprowadza do ostatecznego kolapsu utwór, który narratywizowała. I oto wskutek ataku narracyjnego dochodzi do przedziwnej sytuacji metanarracyjnej. Do implozji. Głębokie źródła zapadają się w siebie. Książka sama sprowadza na siebie zagładę, gdyż narracja okazuje się autodestrukcją. Maria – narrator powieści Karczewskiej – likwiduje kolejnych bohaterów utworu, jednego po drugim, ujawniając ich fizyczną niesamodzielność:

– Na co jeszcze czekacie? – mówi – o co wam jeszcze chodzi? Przecież was wcale nie ma. Ty, Wiktorio, jesteś cała ze snu, czyli z narracji. Tobie, Filipie, użyczyłam tylko zewnętrznych rysów kogoś bliskiego mi. Małgorzata Kamieniarz? Czy ktoś znał taką kobietę, jaką jest moja zmyślona Małgorzata? Ona istnieje tylko na zasadzie prawdopodobieństwa zdarzeń: to wszystko, co ona przeżyła, mogło przeżyć tysiące kobiet, cierpień oświęcimskich zaznały miliony, ktoś ginął na naszej ziemi za kogoś aż nazbyt często. Piotr Kamieniarz? Ta postać ma najwięcej rysów mojego autentycznego stryjecznego dziadka z Francji, ale Piotr wziął też wiele z innych, krzepkich starców, jakich znałam w życiu, z których niejeden, byłam tego świadkiem nie raz i nie dwa, umierał w okrutnym rozkładzie ciała, mózgu przede wszystkim. Piotr powstał z nich właśnie.

Inni? Joanna, Homer? Nie miałam nigdy żadnej przybranej córki. Homer to czysty wymysł, fikcja powstała ze zbitki cech różnych ludzi. Gdzieżby taki Homer mógł istnieć wśród subtelnych wybrańców Muz?

[…] A teraz idźcie już. Powołałam was wszystkich do istnienia, abyście spełnili powierzone wam role. Zrobiliście to. Możecie zresztą na swój sposób egzystować dalej.

Maria przymyka powieki. […] Ma uczucie, że wychodzi z długiej śmiertelnej choroby. Jak spod ziemi. Oswobodzona od Słów[1].

Wprowadzenie metanarracji doprowadza do rozproszenia fabuły Głębokich źródeł. Sadystyczny gest Marii ujawnia jednak w finale powieści swój ukryty, ekspiacyjny sens. To, do czego doprowadzić ma atak narracyjny, tj. zniszczenie światoobrazu, jest przejawem niezwykle silnego i wymownego resentymentu narratorki powieści wobec Słowa, czyli wobec logocentryzmu, fasady wszelkich kultur literackich. Narratorzy powieści Karczewskiej, zarówno Maria z Głębokich źródeł, jak i Paweł Męczennik zWizerunku otwartego nienawidzą literatury, chcą ją zdemaskować i skompromitować. Aby ją uśmiercić, wchodzą w przestrzeń gry literackiej i tworzą narrację powieściową. Posługują się dykcją klasyczną – zarówno Głębokie źródła, jak i Wizerunek otwarty są sagami rodzinnymi. W węzłowych punktach narracji Maria i Paweł ujawniają jednak pastiszujący charakter opowiadanych przez siebie sag i ujawniają swoje rzeczywiste intencje – pragnienie stworzenia anty-powieści, anty-sagi i anty-narracji.

Pastisz jako działanie narracyjne zawsze konsternuje czytelnika, rozwarstwia struktury świata przedstawionego utworu, tym samym unieważnia logocentryczną zasadę konstrukcji tekstu, tzw. literackość. W powieściach Wandy Karczewskiej, pastiszujących sagi rodzinne, unieważnienie to musi sięgać również podstawowej figury magicznej w literaturze, jaką jest figura domu. Rozbicie obrazu domu wprowadza do formuły sagi rodzinnej silny motyw traumatyczny, w powieściach Karczewskiej ujawniający się w reakcjach, które określiłem mianem ataku narracyjnego. Po zniszczeniu domu niemal natychmiast musi dojść do autodestrukcji narracji. Znamienne jest to, że atak narracyjny, którego w Wizerunku otwartym dokonuje Paweł Męczennik, okazuje się dokładnym odbiciem ataku Marii na narrację w Głębokich źródłach:

Tej kopki siana, przy której ja, Paweł Sikora, położę się pewnej nocy na wznak, na krótko skoszonej trawie – nie ma i nigdy nie było; nie ma też łąki za ogrodem ani tego sadu i domu, w który wejdę skrzypiąc sosnowymi drzwiami i potykając się o ten sam próg zawsze niewidoczny w ciemności; schody sprzed domu z odaszkowanym gankiem, obrośniętym nasturcją, też są z innej parafii, a wierzby i jabłonie zmyślone.

Nie było też nigdy żadnego Fryderyka, Małgorzaty czy Maa Zielononóżki, są oni wraz ze mną całkowicie wyssani z palca, choć, Panie, strzeż moją głowę od guza, jeśli stanę na drodze pewnej pięknej sowiookiej sąsiadce z facjatki, „pani stójkowej”, która się może rozpozna w Zielononóżce.

[…] Albo ja – spójrzcie na mnie: do wczoraj – męczennik z cierniową koroną na głowie, z krzyżem na zgiętych plecach, kandydat na bohatera swoich czasów, a w istocie… mistyfikator, pozer i komediant […] leży więc ów kreator, rysuje zygzaki witką po niebie i chichoce: oto macie mnie, bawcie się, to ja, Paweł Męczennik, przypatrzcie mi się dobrze[2].

Gute Nacht Knaben: Próba liryzmu

Aby opisać specyfikę tematów poetyckich Wandy Karczewskiej, Henryk Pustkowski przywołuje pojęcie „urodzinnienia”[3]. Nie jestem pewny, czy rodzinność rzeczywiście może okazać się kategorią ujawniającą podstawowe strategie liryczne poetki. Wyłącznie, o ile rozumieć „urodzinnienie” jako podstawową kategorię egzystencjalną i metafizyczną, nie zaś sentymentalną, zrozumienie złożoności motywu domowego w poezji Karczewskiej staje się możliwe. W pojęcie rodzinności Karczewska włącza bowiem motyw swoistego wyrodzenia i wydziedziczenia: bohaterek jej wierszy dom nie rozpoznaje i najczęściej pozostawia je samym sobie. Dialog, który odbywa się wewnątrz rodziny z tą, która powraca do domu, jest nad wyraz dyskretnym i wyrafinowanym sporem dwóch równie wpływowych kultur: wiejskiej i erudycyjnej. W wierszu Rozmowa nocą z tomu Powrót do Kalińca podmiot Karczewskiej wyznaje:

 

Dziś w nocy zjawiła się Matka

na swym oświęcimskim obłoku

w jej cieniu – ojciec

Przyszła

usiadła naprzeciw za stołem

powiada co tak grębiejesz nad pustką kartką

Ucichła w tobie ta maszynka

jak jej tam Euterpe

Pasikoniki trzeszczą ci w głowie

jazy szumią w uszach

ślepniesz jak wysłużony koń[4]

 

Powrocie do Kalińca „urodzinnienie” dotyka każdego elementu świata przedstawionego. Nadaje to poezji Karczewskiej ton na poły obsesyjny – podobnie jak tomy prozy:Wizerunek otwarty i Głębokie źródła stanowią rozbitą sagą rodzinną, Powrót do Kalińcawydaje się rozbiciem liryki domowej. Rodzinność w wierszach takich, jak Uroboro iŚpiewajcie światu nową pieśń staje się wręcz symbolem prześladowczym. W monologach poetyckich Karczewskiej liryzacja służy odsłonięciu sadystycznego obrazu świata i jego przezwyciężeniu. Ujawnienie sadyzmu w światoobrazie wiersza jest dla Karczewskiej równoznaczne z wymierzeniem dziejowej sprawiedliwości. Wyłącznie poprzez poddanie nostalgii próbie okrucieństwa możliwe staje się wyzwolenie rodziny z „urodzinnienia”. Próbie tego rodzaju poddana zostaje sytuacja liryczna w wierszu Śpiewajcie światu nową pieśń, gdy w trakcie koncertu chóru do grupy śpiewających dzieci dołącza spalony w krematorium chłopiec:

 

Słuchajcie:

przekwitła polna różyczka,

jeleń dobiegł do źródła.

Pośród dziewcząt i chłopców,

z kwiatami w rękach wyciągniętych do was,

wchodzi mój spalony brat,

nieruchomymi ustami szepce:

gute Nacht Knaben,

śpiewajcie światu nową pieśń,

śpiewajcie światu nową pieśń[5].

 

Przemiana, która dokonuje się w cytowanym zakończeniu liryku Karczewskiej, jest próbą liryzmu przez odradzający się sadyzm. Do regresu w zło radykalne jednak nie dochodzi – liryzm utrzymuje się mimo rozbicia ram przedstawienia przez inwazję okrucieństwa. Czułość ocalona w wierszu Śpiewajcie światu nową pieśń ma jednak charakter szczątkowy i mozaikowy. Wskutek rozproszenia przez sadyzm traci swój realistyczny wymiar, utrzymując wyłącznie horyzont metafizyczny. Obok zła radykalnego włączonego w poszerzone ramy światoobrazu egzystuje dobro, na tym świecie ma jednak charakter wyłącznie retoryczny. Inkantowanie powtarzających się wersów kolędy Śpiewajcie światu nową pieśń zapewnia o istniejącej w innej przestrzeni miłości, nie jest jednak w stanie do niej dotrzeć ani zaprowadzić jej panowania w świecie ogarniętym sadystycznym szaleństwem.

Zarówno atak na narrację, jak i próba liryzmu są w utworach Karczewskiej desperackim wysiłkiem intronizacji, za każdym razem skazywanym na porażkę. Pisarka wierzy, że poprzez uśmiercenie języka i narracji, doprowadzi do wskrzeszenia platońskiej cnoty sprawiedliwości. Stąd pragnienie powrotu do źródła, które w wierszu Uroboro okazuje się początkiem wszelkiej rodzinności – w jego imię Karczewska gotowa jest uśmiercić literackość. Metafizyka zawarta w kręgu rodzinnym jest bowiem metafizyką wszelkich instytucji sprawiedliwych, toteż tylko ona jest zdolna do tego, aby wymierzyć odpłatę za krzywdę i wyrównać to, co Karl Jaspers określał mianem winy metafizycznej. Winy – co należy dodać – nigdy nieujmowanej per se.

Winy niezrozumiałej:

 

I tylko nocą jest zmartwychwstawanie

W brzasku się zjawia od strony cmentarza

[…] Wyciąga do mnie martwe sine ręce

spod połów płaszcza

nie każ mi wracać tam mówi

tam tak strasznie zimno

 

[…] Tam wracam wrócę do Ciebie po życiu

tej krótkiej chwili w ewolucji wiecznej

do Ciebie Ojcze a przez Ciebie wrócę

do Uranosa do pra-Ojca-Ojców

do iłu gazu do ognia i wody

do pramaterii zjednoczyć się z Tobą

po Nieskończoność Obcowania wrócę[6]

 

Siepacze: odwracając Odyseję

Ostatni utwór Wandy Karczewskiej, Spacer w alei parkowej, spisany został – jak zaświadcza Lucyna Skompska – we wrześniu 1995 roku, tj. na dwa miesiące przed zgonem pisarki. Skompska pokrótce omawia tekst: Forma poematu jest synkretyczna, „wielogłosowa”, partie liryczne sąsiadują z obszernymi fragmentami epickimi  zapisanymi w pierwszej osobie wspomnieniami różnych osób[7]. Karczewska w poemacie nie tylko podejmuje grę stylem polifonicznym i dygresyjnym, czyni przy tym utwór tekstem transgatunkowym – konstruuje go w punkcie przeplotu poetyckiego solilokwium i prozy intymnej.

Ciągła wymiana instancji lirycznej i narracyjnej, Ja mówiącego i Ja sprawozdającego, doprowadza do upłynnienia struktury świata w poemacie. Przechadzka Marii i Pawła po kaliskim parku, także ich rozmowa wydają się czytelnikowi rodzajem onirycznego eksperymentu pisarki. Jest w sposobie rozwinięcia poematu coś niezwykle hipnotycznego – ekspozycja kolejnych wątków dialogu u Karczewskiej przypomina XX-wieczną grę strumieniem świadomości: w ten sam sposób, począwszy od Ulissesa Jamesa Joyce’a, skończywszy zaś na Wozakach Pétera Esterházy’ego monologizowano wypowiedź bohatera literackiego. Tym zarazem europejska praktyka literacka różni się od koncepcji poematu wielogłosowego polskiej pisarki. W poemacie Karczewskiej estetyce strumienia świadomości podporządkowana zostaje nie wypowiedź jednego podmiotu, ale cała dziedzina dialogu, ogólna sytuacja liryczna, tworząca światoobraz Spaceru w alei parkowej:

Szukasz jej śladów? Naprowadzę cię na nie. Pójdź ze mną aleją parkową przez stojący na omszałych palach stary drewniany most – Mario tego mostu już dawno nie ma! – Jest, jest w pamięci naszej, w wyobraźni, bardziej wyrazistszy niż był w rzeczywistości. Pochylisz się nad ciemną rzeką, zobaczysz w jej wodach jasne odbicie teatrum panabogusławskie – Ona go tak nazywała. Kiedyś, stojąc na moście, westchnęła: Boże, być kim innym, nie żyć na uwięzi jednego ciała, istnieć po wielekroć w różnych postaciach – Giulietty, Marii Stuart, jak Sarah Benhardt, jak Mistress Modjeska, albo być ptakiem, motylem, nie, motylem nie, za krótko żyje, ptakiem być – [8]

Wraz ze zmianą porządków czasowych – poemat Karczewskiej rozgrywa się pomiędzy 51 latami (1936-1987) – konwencja rozmowy spacerowej zostaje złamana i zastąpiona przez dialog osób uczestniczących w podróży metafizycznej. Rozpoczęta przechadzka przeradza się w odyseję i stawia przed jej uczestnikami nakaz swoistej egzystencjalnej ekspiacji: obowiązek Powrotu. Nostalgiczna wędrówka po alei parkowej ujawnia w ten sposób swój sadystyczny wymiar – tym poemat Karczewskiej różni się od Odysei, w której powrót Ulissesa do Itaki nie wynikał z żadnego okrutnego imperatywu:

 

- Spójrz paw idzie do nas Patrz

jak podnosi swoje wspaniałe pióropusze

tańczy

- Dla ciebie tańczy tokuje

ty nawet pawia potrafisz przywabić

[…] I ci przeklęci zalotnicy

- A my nie mamy Telemacha aby ci pomógł

ich wszystkich wymordować

A to są po prostu moi rówieśnicy szkolni

Pawle Pawle czy ty zawsze będziesz

taki sam[9]

 

Karczewska gra w poemacie ideą doświadczenia mitycznego – mitem przechadzki przenosi w mit wędrówki Odysa, w mitycznej idei Powrotu zaś ujawnia budującą ją sprzeczność: sadyzm. Ulisses, aby powrócić, musi dokonać aktu zniszczenia zastanego świata, tj. odzyskać dawny kosmos poprzez uśmiercenie tego, co dawną kosmiczność zdeformowało. W poruszające piękno Powrotu wpisana zostaje rzeź zalotników. Dopiero wskutek zabicia kochanków Penelopy Odyseusz zdobywa się na odpowiedź, kim jest. Śmierć mężczyzn, przywołana przez Pawła jako ponury, spacerowy żart, powraca w finale poematu Karczewskiej. Odpowiednikiem homeryckiej rzezi staje się kaźń, której poddana zostaje matka mówiącej, bita przez hakenkreuzów. Podobnie jak OdysejaGreków, odyseja Karczewskiej ujawnia w tym obrazie swój pasyjny charakter:

Wtedy zaczęli ją bić, bykowcami po głowie, po twarzy, po piersiach, brzuchu i nogach. Chciałem ją zasłonić – mówił ojciec – ale odrzucili mnie pod ścianę, strzelili bykowcem, aż się zatoczyłem. Walili w nią, słychać było tylko ich krzyki, odgłosy ciosów i jej coraz słabsze słowa: nie wiem, nie powiem, siepacze, nie wydam córki, aż skrwawiona padła na ziemię, straciła przytomność. Psy wyrywały się ze smyczy, takie dzikie czarne potwory, zlizywały strugi krwi z podłogi…[10]

Tortury, którym poddawana jest kobieta, można interpretować w splocie wielu mitycznych podań. Poza wzorcem Odysei Karczewska parafrazuje w poemacie również mit o Ariadnie. Figura kreteńskiej księżniczki jest zarówno włączana w wiele postaci utworu, jak i z nich wyłączana. Poprzez tak szeroką transpozycję charakterów poematu utwór Karczewskiej ujawnia cechy dialogu podmiotów wielokrotnych, nieprzystających do siebie, wręcz polimorficznych. Mała Helcia, późniejsza Maria, pragnie pozostać Ariadną, imieniem Ariadny zarazem określa swoją matkę. W czasie kaźni kobiety mit o Ariadnie zostaje spełniony do końca – wydaje się, że bita matka nie jest już kreteńską księżniczką, podobnie jak nie wydaje się Penelopą. Z przedmiotu nostalgicznej adoracji staje się przedmiotem sadystycznego ataku: zalotnikiem i Minotaurem. Pytanie Pawła, czy bohaterka poematu odnalazła matkę: w gwiazdach lub w Dolinie Cedronu, jest pytaniem z perspektywy mitu szczególnie przewrotnym. Nić Ariadny miała przecież doprowadzić Tezeusza do Minotaura – po odnalezieniu potwora w labiryncie, należało go zabić:

 

Ale w tobie jest jedno – głód

tęsknota metafizyczna nadzieja

na spotkanie z Ariadną w Dolinie Cedronu

[…] Chciałabym już tam być ale czy ja

grzeszna będę tam kiedykolwiek […]

- I znalazłaś tam Matkę

W gwiazdach?

 

Poczekaj

Odnajdywałam ją powoli

we wszystkich sprzecznościach

błędach i wzlotach

Boże ten ostatni jej wzlot

gdy gestapo najechało na nasz dom

z budą i wilczurami na smyczy

te jej odpowiedzi rzucane im w twarz

na ich wrzaskliwe pytania

„Wo ist deine Tochter Marie?”

„Wo ist der Feind des Dritten Reiches?”[11]

 

Spacer w alei parkowej kończy się zupełnym odwróceniem starożytnych paradygmatów Powrotu: zawartych zarówno w dziejach Odysa, jak i w historii Ariadny. Rozwiązanie zagadki tożsamości okazuje się w poemacie Karczewskiej rozwiązaniem siebie. W momencie, w którym Maria odnajduje w sobie wszystkie starożytne Plejady, odkrywa również istnienie Minotaura i zalotników, tym samym: spotyka się z matką, tj. ze śmiercią. Sadyzm ujawnia się wreszcie bezpośrednio i radykalnie – jako „głębokie źródło”. Sadyzm jest samym Ja:

 

Zajrzyj kiedyś do moich głębokich źródeł

zanurzysz się w Wielkiej Prawdzie

jaką się mówi na progu śmierci

Wpatrywałam się jeszcze nieraz w Plejady

błądziłam oczami między Alkione

Mają Elektrą Merope i

zaczęłam ją widzieć inną niż za życia

pełniejszą prawdziwą i – nieszczęśliwą

Taką ją odnalazłam ale nie tam

gdzie błyszczą gwiazdozbiory

– A gdzie, Mario?

 

Tutaj

na ziemi

W sobie[12]

 

Rozbicie tablicy nagrobnej: powrót do Euterpe

Pomieszałem literaturę z modlitwą, uczyniłem z niej ofiarę składaną z ludzi – pisał Jean Paul Sartre w autobiografii intymnej Le Mots[13]. Rok po jej wydaniu odmówił przyjęcia literackiej Nagrody Nobla, przyznawanej mu za Słowa. Dodawał:

Duch Święty spogląda na mnie. Miał akurat powziąć decyzję, żeby wrócić do Nieba i porzucić ludzi; w ostatniej chwili zdążyłem jednak zaofiarować siebie, pokazuję mu rany swojej duszy, łzy, którymi nasiąkł mój papier, czyta ponad moim ramieniem, stygnie jego gniew. Czy udobruchała go głębia cierpień, czy może wspaniałość dzieła? Powiadałem sobie: dzieło, a myślałem w skrytości: cierpienia[14].

Czytając te ustępy z Sartre’a, nie sposób nie zastanawiać się nad tym, czy w ostatnim tomie poetyckim Wandy Karczewskiej Wiersze ze snów miłości i rozpaczy (1995) nie dochodzi do podobnego, skrajnego w swoich skutkach, przesunięcia. Sartre’em kierowała religijna przewrotność, a zwłaszcza: poszukiwanie w sobie samym ontologii dzieła literackiego. Stąd w analektyce świętego lamentu osadził on dialektykę bluźnierstwa, następnie zaś rozwinął ją i uczynił z niej źródło tożsamości egzystencjalnej. Karczewska postępuje podobnie, choć nie posługuje się dialektyką bluźnierstwa, lecz – dialektyką sceptycznego wzruszenia. Ono nakazuje jej zrezygnować z „powrotu do Kalińca”, uznać go za niemożliwy i bezzasadny, tym samym zastąpić ów powrót „powrotem do Euterpe”. Prawdopodobny bowiem jest tylko powrót do źródła. Miejsce zaś, które jest źródłem, nie może być uznane za dom. To dwie całkiem inne wartości – jedna z nich jest rzeczywista, druga zaś utopijna. Stąd wywodzi się moje skojarzenie dialogu poetki z Euterpe z rozmową Sartre’a z Duchem Świętym. W obu sytuacjach dochodzi do zatrzymania, a wręcz unieruchomienia źródła, i – przez to – do pełnego zrozumienia, że nie jest ono znakiem domu. O ile dla Sartre’a jest to początkiem literackiej teurgii, dla Karczewskiej to samo oznacza triumf niedoskonałego świata nad doskonałością literatury:

 

Świat staje się pełen magicznej wiary

w nagłe uzdrowienie chorych

w ocalenie siebie od samych siebie

 

[…] Słyszę fletowy głos wilgi

To Euterpe wraca znów do mnie

ze swoim instrumentem[15]

 

W tym ujęciu Wiersze ze snów miłości i rozpaczy okazują się tomem szczególnie przewrotnym, są bowiem dla Karczewskiej uśmierceniem własnej dykcji, którą powinien wreszcie przenicować niedoskonały, triumfujący świat. Śmierć w objęciach matki, ojca ani brata nie jest już możliwa – możliwe pozostaje tylko odejście w ramionach Euterpe. Wszystkie strategie autorskie Karczewskiej: atak na narrację, próba liryzmu, odwracanie mitu, zostają rozbite przez głos mówiący jej ostatniego tomu – tak jak rozbija się nagrobną tablicę, jeśli w trakcie jej przygotowań epitafium zostanie błędnie wyryte. Błędnie wyrytym epitafium autorki Wizerunku otwartego jest formuła sagi rodzinnej. Formuła doskonała… Teraz po jej zniszczeniu liczy się tylko to, aby ktoś w cudowny sposób odnalazł szczątki i kierując je laską Prospera, wyprowadził w stronę całości świata:

 

W istocie

żyje najlepiej jak się potrafi

Z rozdartych obrazów świata

ze ścięgien powyrywanych z porządku rzeczy

buduje przemocą wyobraźni rzeczywistość

leżącą w wierszu jak rumowisko

ale ruiny i światy wyzwolone z przyrodzonych związków

oddychają tajemnicą nadświatów

i meandry jej wierszy

pozornie rozbiegane we wszystkie strony

schodzą się w końcu prowadzone laską Prospera

w znak nieskończoności czyli w doskonałość wiedzy[16]

 

Triumf niedoskonałego świata musi stać się triumfem zła radykalnego, tj. deklaratywnym triumfem sadyzmu. W ostatnim tomie Karczewskiej świat przedstawiony utworów budują informacje o nowoczesnych wojnach, zbrojeniach, konfliktach w Czeczenii, a także w Bośni i Hercegowinie. Śmierć w objęciach Euterpe powoduje, że podmiot liryczny dopuszcza do siebie myśl o nowym temacie utworu literackiego. W wierszach takich, jakPowiedz mi staje się nim polityka i metafizyka wojny:

 

Ziemio moja

a z nas z epoki rozbicia atomu z wieku szaleństwa nuklearnego

co pozostanie

Kim być, co czynić, byśmy się nie osunęli jak Ziarnko Piasku w przepaść Czasu Nie zatonęli jak Atlantyda w Oceanie Niepamięci[17]

Tym motywem Wanda Karczewska nawiązuje niezwykle wyraźną relację z polskimi neokatastrofistami lat 80. i 90., a szczególnie – z odchodzącym już Romanem Brandstaetterem. Od Sartre’owskiego egzystencjalizmu ku współczesnemu neokatastrofizmowi – ta droga dla autorki Głębokich źródeł wydaje się rodzajem rozprawy z własnym wzorcem literackim. Jak wskazywali bowiem Karczewska i Brandstaetter, najważniejsze jest to, co pozostanie z wieku szaleństwa. Z perspektywy życia utrzymuje się zaś nie dom, lecz źródło:

 

Zostawimy wam w spadku

Wiedzę o obozach koncentracyjnych

I o komorach gazowych,

I bombę kobaltową,

I penicylinę,

I cybernetykę

I komputery,

I elektryczną maszynkę do golenia,

I międzygwiezdne pojazdy,

I nudę postępu[18].

 

Zakończenie

Dramat Wandy Karczewskiej nie jest wyłącznie dramatem utraconej narracji. Świadczy on również o porażce literatury głównego prądu, o jej niedostatecznej sile uogólniania polskich przemian literackich, zwłaszcza: przemian w centrum literatury regionalnej. Negacja literatur regionu doprowadziła do stanu swoistej afazji, rodzącej się zarówno wewnątrz krytyki literatury, jak i w obrębie metodologii badań literackich. Nie tylko czytelnik nie wie, w jaki sposób odnieść się do strategii pisarskich Karczewskiej. Nieświadomi poetyk regionalnych stają się również krytycy i historycy literatury. Brak metody rekonstrukcji intencji autorskiej doprowadza do zaniku systemu modelującego tekst literacki. Oznacza to dokładnie tyle – mówię tu w imieniu badaczy współczesnej literatury polskiej – że straciliśmy szansę pełnej filologicznej egzegezy dzieł takich, jak Głębokie źródła lub Wizerunek otwarty. Idiolekt pisarzy podobnych do Karczewskiej zróżnicował się bowiem do tego stopnia, że wytworzył metanarrację poza narracjami wiodącymi.

Mówiąc o metanarratorach, myślę nie tylko o Wandzie Karczewskiej. Przywołuję wówczas w pamięci również ostrołęckich pisarzy z mojego dzieciństwa, zwłaszcza Edwarda Kupiszewskiego. Jedna ze scen pochodzących z jego niewydanej za życia powieści pt. Wieczerza w Rajskiej Dolinie, wydaje się swoistym dopełnieniem stylu Karczewskiej. W niej staje się widoczne to, że nostalgia i sadyzm są kategoriami, które zbudowały i umocniły dykcję wszystkich literatur regionu. Literatur współcześnie lekceważonych bądź uznawanych za anachroniczne. Tymczasem wiele jest uderzającego podobieństwa w matce Karczewskiej, torturowanej przez niemieckich siepaczy i matce Kupiszewskiego, przebijanej kosą przez jego ojca. Podobieństwa – dodajmy – zupełnie niedostrzeganego w literaturze ponowoczesnej, badającej sadyzm już nie przez soczewkę mitologii rodzinnych, ale z perspektywy neoegzystencjalnych dramatów Ja:

Ojciec zastanawiał się, ważył w sobie słowa ciężkie, słowa – kamienie młyńskie, tak wielkie, że nie chciały przejść przez gardło. Widziałem je z daleka i chciało mi się śmiać, bo się męczył, skręcał w sobie, pękał, a one obracały się jałowo raz w jedną raz w drugą stronę. Nawet gdyby je wycisnął z gardła, nie mogłyby mi zrobić krzywdy, bo nie było już takiego słowa na całym świecie.

Zorza polarniała słabiej, większa część kopuły niebieskiej nad moim snem stawała się przez to czarna, bezgwiezdna jak otchłań.

Ojciec zrezygnował. Ułożyły się na sobie słowa kamienie i zapadały w drzemkę. Ale w tej chwili drapieżne milczenie mściwe jak zawsze, pchnęło ojca do czynu – opuścił kosę, pochylił się do przodu i ruszył na mnie, aby nieuchronnie dotknąć gardła. Wtedy matka wcisnęła się między nas, wzięła kosę na siebie, w swoje serce, bo krwawo rozbłysło.

– Matko – powiedziałem – dlaczego to zrobiłaś? Jestem przecież ponad wszystkim i nawet kosa ojcowa, jadowita nienawiścią, nie zrani mojej skóry. Po co mi był twój teatralny gest, gdy już odwykłem od wzruszeń i nie nagrodzę cię nawet oklaskami.

– Wyrodny synu – powiedział ojciec, bardziej wstrząśnięty moimi słowami niż własnym zbrodniczym czynem[19].

Karol Samsel


Podziel się

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Strona ta, pełni charakter typowo informacyjny. Wszelkie materiały zawarte tutaj nie są mojego autorstwa, w całości pochodzą z różnych źródeł świata internetu.

Maria Cyranowic...

więcej...

Strona ta, pełni charakter typowo informacyjny. Wszelkie materiały zawarte tutaj nie są mojego autorstwa, w całości pochodzą z różnych źródeł świata internetu.

Maria Cyranowicz

 

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 4886
Wpisy
  • liczba: 61
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 0

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl